29 paź 2014

Coś jeszcze gorszego się stało...

Otrzymałem od Was bardzo dużo wsparcia i mnóstwo listów z życzeniami, bardzo cennymi uwagami (również w komentarzach). Dziękuję zwłaszcza Maciejowi Świerczyńskiemu, którego komentarz spowodował, że jeszcze tego samego dnia znalazłem się u znakomitego specjalisty.

Niestety wizytę odbyłem zbyt późno. W ciągu doby od wizyty dostałem bardzo silnej autoagresji przedawkowując leki zapisane mi przez psychiatrę, zmieszałem je z alkoholem (z badań krwi: 1,4 promila) oraz zadałem sobie liczne powierzchowne obrażenia na całej klatce piersiowej maszynką do golenia jednorazową. Następnie dostałem zapaści. Resztę pamiętam jak przez mgłę, moja partnerka wezwała karetkę pogotowia, po czym otrzymałem zastrzyk, po którym odzyskałem sporą część świadomości.

W szpitalu badanie krwi, moczu, płukanie żołądka i kroplówka. Wszystko w papciach i domowym ubraniu. Cały czas na korytarzu czekała na mnie moja kobieta. Podobno spędziłem tam trzy godziny. Niestety mam traumę przed szpitalami, bo za dziecka dużo w nich przebywałem, a także pochowałem kilku swoich krewniaków żegnając się z nimi właśnie w szpitalach. Jako, że w pokoju, w którym otrzymywałem kroplówkę przebywałem samemu, postanowiłem wyrwać sobie wężyk podłączony do wenflonu i wylać wszystko do wanny, w której wcześniej dokonywałem płukania żołądka. Niestety strumyczek, którym leciała kroplówka sączył się bardzo powoli. Udało mi się spuścić 3/4 zawartości. Lekarz robiący wywiad zasugerował hospitalizację na oddziale, na co kategorycznie się nie zgodziłem tłumacząc, że obrażenia i autoagresja miały jedynie zamienić ból psychiczny na fizyczny i o żadnym samobójstwie nie ma mowy. Co było na szczęście zgodne z prawdą, było na tyle przytomne i wiarygodne, że lekarz odpuścił uznając, że nie należy pozbawiać mnie własnej woli i nie stanowię już więcej zagrożenia dla samego siebie. W "uwolnieniu" mnie dodatkowo pomógł fakt, że byłem wyjątkowo bystrym, świadomym i logicznym pacjentem (to akurat zaleta zespołu Aspergera), a wywiad ze mną był dla lekarza czystą i przyjemnością ze względu na bardzo precyzyjny sposób wyrażania się przeze mnie.

Tydzień później wraz z moją kobietą poszliśmy do psychiatry ponownie. Bardzo dużo oczekiwałem po tej wizycie - wszak to psychiatra o świetnych referencjach i miałem nadzieję na zapisanie mi silniejszych leków no cóż... przebieg rozmowy był zupełnie inny...

Zamiast uspokoić mnie, natchnąć nadzieją i zapisać silniejsze środki, lekarz przeraził mnie koszmarnie, aż mnie zatkało. Otóż doradził jak najszybsze umieszczenie mnie w ośrodku zamkniętym dopóki jeszcze nie trzeba mi odbierać własnej woli z powodu zagrożenia, jakie stanowię dla samego siebie. Mało tego! Dodał, że konieczna jest natychmiastowa separacja z partnerką i dystans od niej... zamurowany siedziałem, zbladłem... Doktor trafił w moje dwa najczulsze źródła lęku: strach przed separacją z najbliższą mi osobą i strach przed szpitalem, z którym mam straszne skojarzenia. Nie próbował mnie uspokajać zbyt mocno...

Bardzo szybko opuściłem gabinet, gdzie moja partnerka została jeszcze pół godziny rozmawiać (pewnie o mnie). Zacząłem przygotowywać sobie awaryjny plan ucieczki przed zamknięciem mnie, w grę wchodziła nawet ucieczka do Niemiec. W drodze do domu moja ukochana postawiła przede mną warunek: w ciągu dwóch dni sam się zgłoszę do szpitala na zamknięcie, albo zrobi to fortelem...

Wróciłem do domu cały rozstrzęsiony... minęła dobra godzina, zanim się pozbierałem, w końcu polazłem do łazienki, stanąłem przed lustrem i zacząłem się sobie przyglądać. Byłem poszatkowany, mój korpus przypominał tarkę do warzyw o dziesiątkach czerwonych pręg, z których część zaczęła się całkiem nieźle goić. I wtedy mnie olśniło...

Zacząłem od słów skierowanych do siebie: "Ty durniu, ty idioto. Dałeś się zmanipulować jak dziecko..."!! A potem słowa do doktora: "Ty cholerny manipulancie!"

Tłumaczenie: Lekarz, u którego byłem, jest przedstawicielem nurtu poznawczo-behawioralnego. Jedną z najtrudniejszych i najbardziej ryzykownych technik terapeutycznych jest terapia szokowa. W tym przypadku specjalista wykorzystał na mnie metodę warunkowania klasycznego. Skojarzył niebezpieczny dla mnie bodziec, który przynosił mi ulgę, czyli cięcie się, z ogromnym strachem przed szpitalem i utratą partnerki... Zakotwiczył mi strach na bodźcu tak, aby nie przynosił mi więcej ulgi...

Od poniedziałku nic mi już nie grozi! Zacząłem patrzeć na siebie w lustrze zupełnie w inny sposób. Polubiłem się taki, jaki jestem. Jestem też dumny, że rany się szybko goją. Będę miał bardzo dużo blizn, które przypominają mi, że jeśli tylko natrafię na właściwą osobę, jestem w stanie sobie ze wszystkim poradzić i odrodzić się jak feniks z popiołów!

PS. Zdjęcie jest autentyczne i nie jest powierzchnią planety Jowisz.


20 paź 2014

Coś złego się stało...

Drodzy ludzie i przyjaciele. To już ponad miesiąc jak nie pisałem nic tutaj. Niektórzy z Was, pytają mnie czy wszystko jest ze mną w porządku?

Nie jest. Od kilu tygodni przeżywam bardzo dużo negatywnych emocji, bo dookoła mnie wiele spraw niestety nie układa się tak, jakbym tego chciał. Dotyczy to niestety bardzo ważnych dla mnie sfer życiowych: głównie mojego związku z najbliższą mi osobą.

Przez to, że jestem jaki jestem, nakomplikowałem w Jej życiu wiele planów, za pomocą których, mogłaby być szczęśliwą osobą. Pech chciał, że natrafiliśmy na siebie i bardzo mocno siebie pokochaliśmy.

Kiedyś pisałem, że nie wiem jak właściwie opisać miłość, ale wydaje mi się, że potrafię opisać to, co czuję do niej. Na pewno czuję do niej znacznie większy pociąg fizyczny, niż do wszystkich kobiet, które w przeszłości spotkałem. Na pewno jest ona moim największym i najwspanialszym przyjacielem, którego miałem.

I teraz te mniej zdrowe rzeczy, które czuję: niestety przeniosłem na tą osobę wszystko to, co czułem do matki przez ostatnie trzydzieści kilka lat, czyli potrzebę bliskości, poczucie bezpieczeństwa, potrzebę opiekowania się mną, potrzebę bycia posłusznym wobec niej, potrzebę przytulenia i ukojenia, gdy coś ze mną jest nie w porządku. Nie wiem czy dobrze to opisałem, ale czuję się z nią tak, jak dawniej przy mojej mamie. Nie zrozumcie mnie źle - jestem samodzielnym człowiekiem i zawsze potrafiłem podejmować decyzje i samemu rozwiązywać problemy. Ale przez kilkanaście miesięcy przeniosłem te uczucia z mojej prawdziwej mamy właśnie na tą osobę. Bardzo dziwnym trafem czuję też do niej coś, co można nazwać miłością rodzica do dziecka. Opiekowanie się nią, gotowość do wybaczania wszystkich złości wobec mnie, wspieranie w trudnych chwilach, trzymanie kciuków za kolejne "kroki" w jej życiu, gotowość do interwencji w razie problemów, z którymi nie może sobie poradzić, wsparcie w każdej materii (fizycznej, materialnej, emocjonalnej).

Podsumowując: czuję się przy niej jak kochanek, przyjaciel, syn i ojciec.

Niestety prawdopodobnie wszystko chyli się ku upadkowi, bo nie mogę dać tej osobie wszystkiego, czego ona by pragnęła w życiu, a ponadto nastąpił szereg bardzo ciężkich wydarzeń w życiu, które zniszczyły to, co ona do mnie czuła. Wiem i czuję, że nie do końca, ale na tyle zniszczyły, że ta osoba przy mnie się męczy i cierpi - tym bardziej, im mocniej staram się być dla niej najlepszymi: kochankiem, przyjacielem, synem i ojcem. Jest jej wtedy jeszcze ciężej, bo ma wyrzuty sumienia, że coś w niej "wygasło", że nie daje rady psychicznie ze mną być.

Rozstanie jest blisko, a ja chyba nie mogę nic na to poradzić, widzę jak się męczy przy mnie pomimo, że w głębi serca sporo do mnie czuje. Wiem, że dla jej dobra powinniśmy się rozstać, ale nie potrafię ani tego zrobić, ani poradzić sobie z wizją rozstania. Bardzo nie chcę tracić w swoim życiu czterech rodzajów uczuć, którymi obdarzyłem ją. Życie bez tych czterech osób w jednej ukochanej kobiecie, wzbudza we mnie bardzo duży strach i pustkę. To ten rodzaj strachu, jaki towarzyszy, gdy wiesz, że najbliższa osoba jest nieuleczalnie chora i jej śmierć jest kwestią kilku tygodni. Strach i poczucie beznadziei jest podsycane przez fakt, że od wielu lat nie przestałem czuć do niej tego, co czułem na początku.

Do tego doszły problemy zawodowe.

Nie jestem w stanie skupić się na pracy. Straciłem wolę walki i bycia ambitnym w swojej pracy, straciłem wolę znalezienia nowej pracy, której bardzo potrzebuję. Nie jestem w stanie skupić się na nikim innym, niż tylko na niej. Niestety to tylko pogarsza sytuację, bo to bardzo inteligentna osoba, która widzi, że cierpię. Straciłem też kontakt z wieloma osobami, a jeśli już się z kimś widzę, nie potrafię rozmawiać, nie rozumiem, co się do mnie mówi. Od wielu tygodni odczuwam coraz większą apatię i obojętność, czuję się wypalony z całej pozytywnej energii, nie mam pomysłu o czym mam do Was pisać mimo, że jest wśród Was mnóstwo wspaniałych ludzi, z którymi regularnie piszę. Miałem też niestety próby autoagresji, konkretnie samookaleczania się. Czuję w głowie bardzo silny ból, często fizyczny. Nasiliły mi się tiki nerwowe, echolalia, natręctwa, które sprawiają mi duży kłopot, zwłaszcza podczas pracy. Sytuację ratuje alkohol, który uspokaja powyższe objawy, niestety prowadząc do uzależnienia. Przez to, że czuję się wrakiem człowieka, mam świadomość, że jestem dla niej znacznie mniej atrakcyjny, zaradny niż kiedyś, jako tętniący życiem i wigorem człowiek sukcesu. Czuję, że zamiast tego ma u swojego boku kulę u nogi, którą trzeba nosić, która hamuje i nie pozwala iść naprzód.

Być może powyższe słowa są wołaniem o pomoc, czego bardzo nie lubię robić, bo zawsze radziłem sobie sam i to ja pomagałem innym. Mam chyba kompleksy pod tym względem, bardzo się wstydzę zwrócić o pomoc. Dzięki temu, że tutaj z Wami czuję się anonimowy, mogę sobie na to pozwolić. Nie wiem co mam zrobić i jak sobie poradzić. Chcę iść do psychiatry, aby otrzymać jakieś lekarstwa. Jednocześnie każdego dnia łudzę się, że poradzę sobie jakoś sam.


2 wrz 2014

Po urlopie...

Miesiąc urlopu się skończył, czas więc wrócić do życia. A powrót jest dość mocny, bo jakiś czas temu otrzymałem zaproszenie na... rozmowę kwalifikacyjną i to na wysokie stanowisko. Nie przejmowałbym się, gdyby nie to, że postanowiłem pójść na tą rozmowę i jak najlepiej wypaść.

Mam taki zwyczaj, że przed podjęciem ważnych decyzji w moim życiu, siadam i rozmyślam nad tym co ma być, czego chcę i jak to osiągnąć. Tak więc moje rozmyślenia jak zwykle pojawiły się w punktach i oto, co mi przyniosły:

  1. Nawet mi zależy, żeby jak najlepiej wypaść na rozmowie w celu otrzymania pracy.
  2. Zupełnie nie wiem, jakie są kryteria jak najlepszego wypadania na rozmowie kwalifikacyjnej.
  3. Nie jestem pewien, czy jakikolwiek pracodawca poszukuje na pewno najlepszego kandydata. Gdyby tak było, Angela Merkel i Bill Gates mieliby tysiące telefonów z propozycjami zatrudnienia...
  4. Kryteria "dobrego wypadania" są subiektywne i zależą od rekrutera - płci, wieku, preferencji, temperamentu, doświadczenia, traum i tysięcy innych zmiennych...
  5. Warto chyba zamiast wypaść "jak najlepiej", wypaść po prostu jak najbardziej optymalnie. Co to znaczy? To znaczy, że mam sobie wyobrazić kandydata na moje stanowisko, który dobrze pracuje, osiąga dobre wysokie wyniki, jest lojalny, uczciwy i w dodatku nie jest przesadnie drogi.
  6. Nie mam pojęcia, jak pokazać swoją "optymalność" na rozmowie kwalifikacyjnej.
  7. Przewertowałem bloga nt. szukania pracy i dowiedziałem się czegoś, czego się bardzo obawiałem: że trzeba być "naturalnym".
  8. Postanowiłem, że w żadnym wypadku nie będę naturalnym, za to postaram się być kimś, kogo większość ludzi nazwie "naturalnym" właśnie.
  9. Od kilku dni staram się spotykać i obserwować ludzi na stanowisku, o które będzie się odbywała rozmowa kwalifikacyjna. Będę powtarzał ich zachowania, żeby wyglądać na naturalnego. :)
  10. Całość bardzo mnie bawi, jest dla mnie niezwykłym eksperymentem i jestem ciekawy, jak rekruter odbierze postać Aspergera, który na pewno nie będzie naturalny. ;) Będzie cyrk...

Może macie jakieś rady albo sugestie? Przyjmuję wszystko, bardzo mi się przydadzą!

5 sie 2014

Lego, czyli wzór uporządkowanego świata.

Zabawki lego - genialny Twór, z którego nigdy nie wyrosnę. Każdy element został stworzony do konkretnego działania i/lub do kilku funkcji. Każdy element sugeruje formę kontaktu z innymi elementami. Mechanizmy działania są proste. Wiadomo co i jak połączyć. Im więcej klocków, tym bardziej misterne systemy można tworzyć. Klocki lego mają nieograniczone możliwości, a jednocześnie ogranicza je możliwość połączenia w sposób z góry przewidziany przez konstruktora. Gdy jest ich tysiące, mogą tworzyć widoki, pejzaże i krajobrazy. Piękne w swojej harmonii. Jasne i precyzyjne w konstrukcji. Można stworzyć z nich "wszystko", a jednocześnie nie można z nich stworzyć idealnej kopii, bo nawet najdokładniejsze lustrzane odbicia prawdziwych budowli wyglądają jak lego przez swoje kanty, kolory i tzw. "piny". Polecam każdemu!


23 lip 2014

Nieprzewidywalność, czyli wychodzenie poza schematy.

Zaobserwowałem, że dla jednych ludzi jestem "dziwny", gdy naśladuję schematy zachowań innych ludzi nie będąc w stanie "być sobą" (cokolwiek to znaczy). Dla innych ludzi jestem jeszcze bardziej "dziwny", gdy zaczynam wychodzić poza... schematy funkcjonujące w społeczeństwie. Niestety nie rozumiem "wyjścia poza schemat"... Dlatego zrobiłem sobie krótką analizę:

Prawdopodobnie chodzi o schemat zachowania się w różnych sytuacjach. Jeśli postępuję jak należy, zwyczajowo, powtarzalnie, wówczas niektórzy są zdania, że nie wychodzę poza schematy. Jednak kiedy robię coś niestandardowo, reaguję czy zachowuję się inaczej, niż zwykle, niezgodnie z normami, wówczas wychodzę poza schematy. Jednak niestety coś mi się nie zgadza....

  1. Jeśli ubrałbym się w damską garderobę i wyszedłbym na ulicę, wyszedłbym poza pewną normę przyjętą dla mojej płci. Ale czy na pewno? Damskie ubranie u faceta plus broda, to przecież symbole narodowe Austrii, a u nas posłanka Grodzka też jest mężczyzną. W takim razie dalej tkwiłbym w schemacie, tyle że rzadziej stosowanym przez transwestytów czy dragqueen.
  2. Jeśli w kolejce u lekarza człowiek za mną zaczyna kłamać, że on był tu pierwszy, a ja bym nawrzeszczał do niego robiąc głośną awanturę na cały korytarz, to wyszedłbym ze schematu. Na pewno? Przecież wówczas wpisywałbym się w schemat agresywnego, niecierpliwego człowieka, prawda?
  3. Jeśli wyszedłbym na spacer przez miasto podśpiewując sobie pod nosem i od czasu do czasu gadając coś do siebie, wyszedłbym ze schematu ogólnie przyjętych norm. Ale czy czasem nie wpisałbym się w schemat dziwaka, którego lepiej omijać szerokim łukiem?

Czy wychodzenie ze schematów nie jest czasem przechodzeniem w inne schematy? Czy nie jest próbą wpisania się w nowy, niestandardowy dla mnie schemat? Nietypowy dla znajomych, bliskich i dla otoczenia?

Niektórzy młodzi ludzie myślą, że ich zachowanie jest szalenie oryginalne, wychodzące daleko poza ogólnie przyjęte schematy: noszą spodnie z krokiem na wysokości kolan, odsłaniając swoje majty. Robią sobie tatuaże, noszą głośnogrające komórki z tandetnym i brzydkim brzmieniem hiphopowych pieśni. Noszę czapki z daszkiem skręconym o 90 stopni, a także dźwięczne łańcuchy. Palą papierosy zapluwając chodnik wokół siebie, a czasem także spodnie i buty. Tyle tylko, że to nic innego, jak schemat, który jest nazywany gimbazą, skejciarstwem itp.

Czy w ogóle możliwe jest wyjście poza schemat? Moim zdaniem jeśli już z niego wyjdziesz, zawsze się znajdzie ktoś, kto i na Ciebie znajdzie szufladkę, w której Twoje zachowanie będzie dopasowane do kolejnego "schematu".

12 lip 2014

Z jakim zwierzęciem warto przebywać i dlaczego? Czyli żywy inwentarz dla Aspiego

(miłośników zwierząt gorąco namawiam do nieczytania tego postu, bo mnie znienawidzicie)

Lubię samotność, ciszę, spokój, czas na przemyślenia i relaks. Najlepiej w lesie, nad jeziorem, z ładnymi widokami. Zawsze mam wtedy czas na swoje przemyślenia. Ostatnio właśnie zastanawiałem się nad tym, z jakimi zwierzętami miałem do czynienia.

Zwierzęta: mają zasadniczą słabość: moim zdaniem niewiele rozumieją, a już na pewno nie są partnerami do dyskusji i dzielenia się przemyśleniami. Mają też zaletę: są na tyle głupie, że możesz zrobić przy nich właściwie wszystko, rzucić najgorszą obelgę pod dowolnym adresem i nie obróci się to przeciwko Tobie. ;) To bardzo ważne w moim przypadku! ;)

a) pies? Raczej niewiele rozumie pomimo, że chyba bardzo by chciał. Czasem nawet robi adekwatne miny do Twojego nastroju, ale jedyne co może dać, to śliniastego liza. Wykorzystanie: głównie na rany i zadrapania (fizyczne rzecz jasna). Gdy jesteś zmarźlakiem, pełni tą samą funkcję co kołdra, z tą różnicą, że kołdra zawiera mniej pasożytów, roztoczy i brudu. Jego czystość i higiena leży całkowicie po Twojej stronie.

b) kot? Robi wrażenie, jakby wszystko rozumiał, ale jego motywy z tego co widzę są bardzo prymitywne: żarcie albo podrapanie w jego ulubione miejsce. Bywa zazdrosny, oburzony, a te bardziej oswojone lubią się kłaść odbytem blisko twarzy. Są nieuważne i gdy pozwolisz im na zbyt wiele, musisz wyjmować kłaki z jedzenia, które gotujesz. Pozytywne emocje u kota łączą się tylko i wyłącznie z jego błogostanem. Mistrz egoizmu ;) Wykorzystanie: całkiem skuteczny na muchy, sprząta nieświeże mięso, zaprzyjaźniony z Tobą spełni funkcję grzejnika.

c) królik? Podobno potrafi myśleć, ale nigdy tego nie zauważyłem. Ma talent do niszczenia Twoich najlepszych ubrań i przegryzania kabli. Potrafi zjeść więcej niż Ty, a jego ugryzienia są bolesne. Na szczęście ma fantastyczny smak, którym nadrabia wszystkie swoje wady. Wymaga sporych umiejętności kulinarnych, aby był miękki i rozpływający się w ustach.

d) chomik? Z racji jego głupkowatej miny, jest bardzo lubiany przez dzieci. Dzięki zwinności małpy i akrobatycznym popisom jest doskonałym oderwaniem od rzeczywistości pod warunkiem, że nie sypiasz nocami. W dzień kompletnie nieprzydatny. Jeśli w nocy robisz to, co większość ludzi, a w sypialni masz chomika i nie masz zbyt twardego snu, znienawidzisz chomika bardziej, niż śmierdzącego dresiarza, który prosi Cię o 70 groszy na piwo.

e) koń? To bardzo piękne, majestatyczne zwierzę. Traci ze swojego uroku dopiero wtedy, gdy zbliżysz się do niego i poczujesz zapach potu. Wbrew pozorom, zęby konia wcale nie są groźne, w odróżnieniu od jego (przepraszam) d*py. Tam nigdy nie wolno podchodzić. Koń to najniebezpieczniejszy pojazd świata. Z nikim nie podpisywał umowy, że nie dostanie szajby. Przy spokojnej jeździe nie jest lepiej. Jeśli masz coś z biodrami, miednicą lub kręgosłupem, koń bardzo szybko Ci o tym przypomni. Dobry dla ludzi o wysokim poziomie autoagresji.

f) kanarek? Jest śliczny, da się oswoić, a niektóre osobniki wydzielają z siebie dźwięki, które są przez wielu odbierane jako piękny śpiew. Jeśli mieszka razem z Tobą w sypialni, masz gwarancję, że rano nigdzie nie zaśpisz zakładając, że masz lekki sen. Straszny śmieciarz, robi gdzie popadnie, poza swoją klatką jest zagrożeniem sam dla siebie.

O innych zwierzętach nie miałem przemyśleń, a z sześciu powyższych najlepsze właściwości towarzyskie spełnia raczej pies. Niestety niektóre gatunki interesują się odchodami i błotem, śmierdzą i brudzą na potęgę. Inne gatunki są "trudne do tresury", co oznacza po prostu, że są niezmiernie głupie, a także agresywne. Ciekaw jestem jakie rasy są Waszym zdaniem w miarę czyste, ciche i mało agresywne?


11 lip 2014

Wizyta w kinie...

A więc tak jak w tytule postu - wybrałem się do kina... Konkretnie na czwartą część Transformers - bajkę z mojego dzieciństwa przerobioną na hiperwysokobudżetowy film. Nie wiem o czym był dokładnie, nie pamiętam szczegółów fabuły i nie wiem czy mogę go komukolwiek polecić. Już wyjaśniam czemu:

od wejścia na salę i znalezieniu swojego miejsca zaczęły się reklamy trwające ok. 25 minut. Zbyt głośne, zbyt krzykliwe. Gdy już myślałem, że film się zaczyna, okazywało się, że to inne filmy i ich reklamy. Równie głośne, równie krzykliwe. Ok, wyłączyłem się z powodu nadmiaru bodźców - zawsze tak robię, pod warunkiem, że bodźce nie są dla mnie zagrożeniem.

Film się zaczął. Z uwagą zacząłem śledzić sceny, ich dokładność, ilość szczegółów, rozdzielczość, konstrukcje dziwnych robotów, które zmieniały się w samochody. Próbowałem znaleźć wspólne cechy robota przed transformacją i po transformacji - blachy, oznaczenia na masce, ramiona w alufelgach, kształty szyb, końcówki rur wydechowych....

Niestety ujęcia filmu trwały sekundę, dwie po czym diametralnie się zmieniały. Przez tą sekundę ilość szczegółów widocznych na ekranie była zatrważająca, nie do ogarnięcia. Do tego bardzo głośne odgłosy. Setki, tysiące szczegółowych ujęć, miliony klatek informacji, zacząłem się powoli wyłączać. Zgubiłem gdzieś kilka wątków, z niepokojem czekając na kolejne salwy i wybuchy. Dynamicznie poruszające się postacie robotów i ludzi zaczęły mi się mieszać.

Po ponad 2,5h ładowania w siebie bodźców, wyszedłem z kina... pijany, oszołomiony, ogłupiały. Wsiąść za kierownicę w takim stanie? Nie ma mowy. Czułem się tak zmęczony treścią ładowaną wprost do mojego mózgu, że nie miałem siły nawet przemyśleć, czy mi się podobało.

Na drugi dzień mało co pamiętałem, a ilekroć próbuję sobie przypomnieć o czym był film, czuję ciężar przytłaczających mnie bodźców i lekki ból głowy na samą myśl o nim. ;)
 
PS. w spokojniejszych scenach udało mi się dostrzec jakiegoś łysolca w okularach, który aktorsko jako jedyny nie był "drewnianym kołkiem"