4 maj 2015

Zostałem pobity

Tydzień temu zostałem pobity przez swoją partnerkę. Otrzymałem sporo uderzeń po głowie i twarzy. Nie broniłem się, bo też niewiele czuję, gdy prześladuje mnie rozpacz i żal. Pokłóciliśmy się o jakieś drobne rzeczy, po których przyszły coraz poważniejsze oskarżenia i teksty. Potem przyszły uderzenia. Zaczęło się od tego, że dosłownie zrozumiałem to co do mnie napisała bliska mi osoba przez komunikator tekstowy. Na pewno nie byłem niewinny, na pewno sam częściowo sprowokowałem sytuację, ale "kara" była nieadekwatna do przewinienia. Nic mnie nie bolało, nie broniłem się i nie zasłaniałem. Samo lanie początkowo nie wywarło na mnie wrażenia. Ale po dwóch dobach zacząłem czuć, że coś jest we mnie nie tak.

Dowiedziałem się, jak wygląda szacunek bliskiej mi osoby do mnie, gdy tylko powiem o te kilka słów za dużo (przypominam: słów!). Dowiedziałem się, że zwierzęta są lepiej traktowane od ludzi. Lanie odczułem tak, jakby osoba bijąca tak naprawdę mnie nienawidziła i skrywała przez wiele miesięcy bardzo dużo gniewu i złości do mnie. Poczułem, co może skrywać w sobie człowiek, w którym nienawiść kwitła od ponad roku, a któremu nigdy nie dałem pretekstu do aż takiego negatywnego uzewnętrznienia się, bo najzwyczajniej w świecie na tyle się starałem, że nie dałem okazji do takiego wybuchu. Teraz wreszcie ten pretekst dałem i cieszę się, bo pewnie poznałem swoją partnerkę lepiej. Z drugiej strony bardzo się martwię, bo zawsze chciałem być tylko dobrym człowiekiem i starałem się nikomu nie wadzić, a w miarę możliwości pomagać na tyle, na ile potrafię. Nie rozumiem świata, w którym najbliższa osoba jest bita bez opamiętania. To się chyba nazywa patologią i marginesem społecznym. Nie chcę tak.

To co się stało jest dla mnie bardzo złe. Całe dzieciństwo byłem bardzo mocno bity. Po kilkanaście razy, głównie pasem i też z błahych powodów. W dodatku też przez jedną z najbliższych osób. Zamknąłem się wtedy w sobie na wiele lat. Zablokowałem się za grubą ścianą. Teraz doświadczenie przemocy wraca do mnie z powrotem. Za dużo przemocy. Jakiś czas temu sam ją sobie zadałem, teraz ją otrzymałem z zewnątrz.

Bardzo dużą zaletą tego, co się stało, jest fakt, że znów czuję bardzo, bardzo intensywne emocje. Nie potrafię ich uzewnętrzniać, ale bardzo mocno je przeżywam. Najlepiej to, co odczuwam opisuje piosenka, której link wkleiłem. W stu procentach oddaje to co przeżywam. Nareszcie czuję, że żyję, emocje są blisko mnie. Melodie i utwory chyba w największym stopniu potrafię "obudzić" coś ludzkiego we mnie...

27 kwi 2015

Aspergera konfrontacja z wymiarem sprawiedliwości

Zdarzyło mi się to po raz pierwszy w moim życiu. Sąd, rozprawa, zeznania. Dodam na wstępie, że nie występowałem w roli oskarżonego, ani pozwanego.

Zacząłem od wejścia - wyciągnięcie wszystkich metalowych przedmiotów, wyłożenie na tacę, sprawdzenie ich w jakiejś dziwnej maszynie, przejście przez wykrywacz metali. Z taką procedurą już się wcześniej spotykałem, więc nie stanowiło to dla mnie problemu.

W windzie jechałem z człowiekiem w pomarańczowej kurtce, w kajdanach na rękach i nogach połączonych łańcuchem. Pod opieką policjanta. Zapytał się, czy nie boję się z nim jechać windą. Odpowiedź była krótka, zwięzła i na temat: "nie". Chyba musiał być lekko rozczarowany, bo stwierdził, że jest przecież groźny. Odpowiedziałem tylko, że "ja też", co rozbawiło pilnującego go stróża prawa. Nie odczuwałem strachu, bo bardziej przejęty byłem wystąpieniem przed sędzią. Bardzo obawiałem się konfrontacji z wymiarem sprawiedliwości, bo tam nie wolno kłamać, należy mówić prawdę, a dla mnie mówienie prawdy oznacza bardzo poważne kłopoty w interakcjach z ludźmi, gdyż prawda jest dla mnie równoznaczna z dosłownym rozumieniem wypowiedzi i bardzo precyzyjną odpowiedzią na pytania. Z doświadczenia przeczuwałem, że zapowiada się "cyrk na kółkach", co niestety potwierdziło się później...

Na podeście w sali rozpraw: 4 kobiety, w tym 3 ubrane w togi. Jedna kobieta pośrodku miała ładniejsze krzesło, więc prawdopodobnie to ona była wysokim sądem, jak to zwykle w filmach polskich i amerykańskich mówiło się do kobiet ubranych w togi. Wzorem kina gangsterskiego i kryminałów, których jestem fanem, nie miałem problemów, żeby nazywać tą panią wysokim sądem, chociaż było to dla mnie bardzo dziwne.

Od razu na wstępie zostałem upomniany przez panią pośrodku, za brak szacunku wobec wysokiego sądu, ponieważ się nie przywitałem. "Zaczyna się" - myślę sobie. Co może zrobić człowiek, który pod groźbą kary jest zmuszony do udzielania tylko prawdziwych odpowiedzi? Odpowiadać dosłownie i na temat... po 10 minutach cała trójka pań w togach patrzyła się na mnie jak na debila Głównie dlatego:

- Sędzina: "Czy jest Pan pewien swojego stanowiska (...)". Więc zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że "nie".
- "Czy pragnie pan zgody i pojednania ze stroną pozwaną"? Więc zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że "tak", co zirytowało panią sędzinę... "W takim razie po co Pan tu jest". Odpowiedziałem, że "pytała Pani czy pragnę zgody i pojednania, więc odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że tak", na co sędzina odparła, że muszę się zdecydować czego chcę, czy procesu, czy zgody i pojednania. Największe poirytowanie wzbudziło moje pytanie: "czy zgoda z pozwanym wyklucza się z procesem"? Sędzina miała dość poirytowany głos, co w niczym nie ułatwiło zrozumienia przeze mnie jej tłumaczeń. Po dwóch minutach wywodu zapytany, "czy rozumie pan", odpowiedziałem, że rozumiem. Skłamałem, czego mi podobno nie wolno było robić. Konsekwencji za kłamstwo brak.

- "Kiedy Pan przestał mieszkać pod adresem x"? Odpowiedziałem, że nie przestałem tam mieszkać. Na co sędzina stwierdziła, że przecież teraz mieszkam pod innym adresem. Odpowiedziałem, że tak. I znów irytacja na sali. Sędzina: "Raz jeszcze Pana pytam: czy mieszka Pan pod adresem x"? Odpowiedziałem: "tak, czasami". Irytacja wysokich sądów osiągnęła jeszcze wyższy poziom. I kolejne pytanie: "Jaki jest pana obecny adres zamieszkania"? Zdębiałem... nie potrafiłem odpowiedzieć, bo przecież niedawno się przeprowadzałem i jeszcze nie pamiętam swojego adresu. Strona pozwana zaczyna się ze mnie głośno śmiać, sędziny patrzą na mnie badawczo, czy sobie nie robię żartów z wymiaru sprawiedliwości. Nie robiłem. Zaczyna się robić niebezpiecznie. Odpowiedziałem (zgodnie z prawdą), że nie znam adresu. "Jak można nie znać adresu swojego zamieszkania"? Odpowiedziałem, że adres jest zapisany w umowie najmu i nie miałem potrzeby go znać. Wiem jak trafić do domu i to mi wystarczy. Wynająłem mieszkanie kilka dni temu, więc nie pamiętam nawet ulicy. Wysokie sądy popatrzyły na mnie jak na idiotę. Był to szczyt irytacji z ich strony. Kolejne pytanie: "No to kiedy pan się przeprowadził w nowe miejsce"? Odpowiedziałem, że nie przeprowadziłem się. "Przed chwilą powiedział Pan przecież [irytacja i złość w głosie], że przeprowadził się Pan do nowego miejsca zamieszkania". Odpowiedziałem: "nie za bardzo rozumiem. Powiedziałem, że wynająłem mieszkanie, nie przeprowadzałem się. Sędzina: "Mieszka Pan tam?" Odpowiedziałem, że "czasem tak". Szczyt irytacji wysokich sędzin nastąpił właśnie w tym momencie.

Postanowiłem wyjaśnić, że zgodnie z tym, co jest napisane w pozwie - mam zespół aspergera, który miał największy wpływ na to, że znalazłem się w sądzie. Kolejne pytanie ze strony sędziny: "jak objawia się zespół aspergera"? Odpowiedź starałem się skrócić, więc oznajmiłem, że objawia się w moim przypadku nadwrażliwością na bodźce dźwiękowe, zapachowe i wizualne, problemem z relacjami z innymi, dosłownym rozumieniem komunikatów i kilkoma innymi rzeczami...

Po tym wyjaśnieniu, zaczęli mnie traktować inaczej. Nie czułem już zagrożenia jakimiś karami, sankcjami i powszechną irytacją. Patrzyli na mnie raczej jak na chorego człowieka. Nie wiem sam, co lepsze dla mnie. Wzbudzać irytację i złość, czy zrobić z siebie chore indywiduum.

Nie lubię wysokich sądów i sędzin. Czuję się przed wymiarem sprawiedliwości, jak w potrzasku... Posługują się wykładnią prawa, precyzyjnie napisanym kodeksem, a z drugiej strony komunikat przez nich wypowiadany jest nielogiczny, wieloznaczny i nie wiadomo, co mają na myśli zadając wieloznaczne pytania. W dodatku nie wolno przed nimi kłamać udając, że się rozumie...


16 kwi 2015

Gra w pokera.

Mój kolega zaprosił mnie do nowego mieszkania, które będzie wynajmował klientom. Zanim to jednak nastąpi, postanowił zaprosić samych facetów - kumpli, żeby w klimacie "wolnym od bab" nacieszyć się męską wolnością przy talii kart.

Każdy z nas dostał żetony, w zamian za pieniężny wkład własny, który ma tam jakąś swoją nazwę. Niestety nazwy wkładu własnego nie pamiętam. Wiem tylko, że jego celem jest podniesienie adrenaliny grających. Mojej w każdym razie nie podniosło.

Gra była dziwna. Faceci wrzeszczeli, śmiali się i ekscytowali dużymi stratami, dużymi zyskami, a także doborem kart, gdy czasem w ramach zbiegu okoliczności na stole pojawiały się podobne do siebie karty i wg reguł pokera można było pozbierać żetony leżące na stole.

W którejś z rzędu kolejce wygrałem dość dużo żetonów, co spotkało się (ku mojemu zdumieniu) ze sporym podziwem. Zupełnie nie wiedziałem dlaczego i do teraz nie mam pojęcia o co chodzi.

Około północy zrobiłem się senny, bo jak wiecie - wstaję przed szóstą do pracy, żeby dojechać kilkadziesiąt kilometrów. Więc grzecznie się pożegnałem i wróciłem do swojego nowego lokum, które tydzień temu znów zmieniłem...

Zupełnie mi się nie podobało - nie rozumiem fascynacji grą, w której należy oszukiwać, a reszta ludzi robi wszystko, żeby pozbawić Cię możliwości oszukiwania. Czas ten uważam za zmarnowany. Takiego pokera na blefy, mocne karty i przewidywanie ruchów ludzi dostosowując się do sytuacji, to ja mam na co dzień. Wszędzie, gdzie spotykam ludzi. To męczące. Ta forma "odpoczynku" mnie nie bawi.

7 kwi 2015

Refleksje poświąteczne

Dzień dobry po świętach.

Nie składałem Wam życzeń na święta, bo tak jak mówiłem Wam już wcześniej, nie sądzę, żeby moje życzenia lub ich brak cokolwiek zmienił w Waszym życiu. Dla tych jednak, którym po usłyszeniu życzeń robi się po prostu przyjemniej, to mówię: "Wszystkiego najlepszego z okazji świąt!".

A dzisiaj chciałem Wam napisać o moim przeżywaniu świąt - w dzieciństwie i teraz. A emocjonalne podejście do ich przeżywania znacząco się różni.

Jako dziecko, przeżywałem święta znacznie mocniej. Czekałem na ten "inny dzień" z niecierpliwością. Wiedziałem, że dostanę prezent. W latach 80tych i 90tych dzieci (również ja) przeżywały chyba znacznie mocniej prezenty, bo dostawało się je rzadziej. Czekałem na "ten dzień" z powodu zmiany w normalnym przebiegu dnia. Rodzice nie szli do pracy, sklepy były zamknięte, a tydzień przygotowań, sprzątania i gotowania sprawiał, że człowiek oczekiwał świąt jeszcze bardziej. Truduum paschalne, świece, uroczystości kościelne sprawiały, że widziałem również innych ludzi przygotowujących i oczekujących tych świąt. Wreszcie uroczyste niedzielne śniadanie, jajka, rzeżucha, sałatka warzywna, którą mama robiła na każde święta, zapach ćwikły i majonezu. Do tego prezenty - nie jakieś przypadkowe, ale takie, które naprawdę chciałem. Zwykle były to modele do sklejania, na które bardzo czekałem, a których nigdy nie dostawałem bez okazji. Potem wyjazd do moich kuzynów, na który bardzo czekałem - jedynych rówieśników, z którymi utrzymywałem bliski kontakt.

Dziś jest inaczej. Relacje z kuzynami bardzo się oddaliły, emocje związane z przygotowaniami w ogóle się nie pojawiają - zniknęły w natłoku normalnej, regularnej pracy, dziecinne emocje typu "nie mogę się doczekać" zostały za ścianą grubej, pancernej szyby emocjonalnej. Są znacznie silniejsze bodźce wywołujące emocje, niż dawniej. W kościele jestem skupiony na silnych bodźcach, które mi przeszkadzają - trzeszczący syk wózków dla dzieci, które jeżdżą po ziarenkach piasku rozsypanych na posadzce, stukot obcasów, chrząkanie i kaszlanie ludzi, przeraźliwy głos ludzki wzmocniony mikrofonem i głośnikami, zapachy, niewygodne miejsce, fizyczna i przeszkadzająca bliskość innych osób.

To nie jest pozytywny wniosek. Zauważyłem u siebie regres jeśli chodzi o przeżywanie pozytywnych emocji. Kiedyś było ich zdecydowanie więcej, potrafiłem się cieszyć ze świąt. Dzisiaj mam przed sobą blokadę, której nie potrafię obejść. Bardzo tęsknię za świętami - wiem, że były cudowne, a ich przeżywanie było przyjemne. Chciałbym powrócić do sposobu ich przeżywania z dzieciństwa - wyczekiwania, naturalnego dziecięcego uśmiechu i uciechy z prezentów. Chciałbym wrócic do radości przebywania z kuzynami, z którymi wciąż (od święta) się widuję. Bardzo bym chciał znów się wzruszać spotkaniami z rodziną, oczekiwać z niecierpliwością na ten świąteczny czas. Bardzo zazdroszczę i dzieciom, i dorosłym (np. mojej mamie), którzy z radością składają sobie życzenia przy świątecznym stole.

Zasiałem sobie rzeżuchę tydzień przed świętami - to mój stary nawyk. Na Wielkanoc chłonę jej zapach, ścinam sobie łodyżki i kładę na kanapkę z wędliną smarując chrzanem. Skupiam się na jej smaku i próbuję "wchłonąć" nie tylko jej smak i zapach, ale to, co ona przypomina mi o dawnych czasach, kiedy potrafiłem święta tak mocno przeżywać. To można porównać do wyciskania z gąbki resztki wody przez spragnionego na pustynii. Może jest jeszcze kropelka, może coś mi się uda wycisnąć. Tęsknię bardzo... Może za którymś razem gąbka będzie pełniejsza...


3 kwi 2015

komentarz jednego z NT po przeczytaniu artykułu o zespole Aspergera:

Cytuję: 

"Wszystko pięknie, tylko z jakiej okazji normalni mają dostosowywać się do sobie obcych zachowań? To nie my mamy problem!!! Znałem taką dziewczynę, bardzo ładna i mądra, uzdolniona matematycznie i plastycznie, ale kompletnie niezdolna do pracy w grupie!!! Nigdy nie zmuszał bym zespołu do pracy z tą osobą, bo to niewykonalne. Bardzo często powtarzała ostatnie zdanie rozmówcy, tak z 50 razy w kółko, reszta miała czekać aż skończy? To nie jest żadna dyskryminacja, ale ta osoba pracuje już w domu i na samozatrudnieniu. Kiedyś często ją odwiedzałem, ale w Jej przypadku system uczuć jest w atrofii i nic z tego nie wyszło".

Ten komentarz jest oczywiście bardzo dosadny i mocny, pełen niezrozumienia i (pewnie) krzywdzący. Ale... niestety prawdziwy. Logicznie obrazuje typowe podejście większości ludzi "normalnych" do ZA i chyba każdej inności. Autor komentarza napisał wprost, że inność przeszkadza w relacjach, budowaniu zespołu i jest po prostu dla zwykłych ludzi niewygodna na co dzień. Smutne, ale prawdziwe...

I dlatego tak bardzo staram się pracować nad swoją maską, o której mój post był ostatnio wywołując mnóstwo kontrowersji i komentarzy. Mało jest ludzi chcących zaakceptować naszą prawdziwą naturę.

Mark Greenshadow: Czytam bardzo wnikliwie to co piszesz. Być może możesz sobie pozwolić na komfort niezakładania maski (czego szczerze zazdroszczę). Ja nie. Bardzo dużo bym stracił, a tego nie chcę. Różnimy się natomiast sposobem radzenia sobie z ZA - Ty - wymagasz od otoczenia, które chce się do Ciebie zbliżyć akceptacji Twojej osoby, a ja - wymagam OD SIEBIE dostosowania do otoczenia, bo bardzo przejmuję się takimi komentarzami jak powyżej.

Smutne, ale prawdziwe. Mam nadzieję, że ostatecznie przestaniecie myśleć o masce w kategorii sztuczności. To zdolności adaptacyjne, które faktycznie ułatwiają mi funkcjonowanie w grupie. 

30 mar 2015

Dlaczego współczujecie mi maski? Czyli czym w ogóle jest ZA?

Drodzy ludzie! Ten post będzie o niezrozumieniu ZA przez NT - zwłaszcza przez ludzi, którzy nami się opiekują, zajmują i nam współczują...

Jestem zszokowany sporą ilością współczucia, jakie mi daliście w ostatnim poście. Współczucie z powodu konieczności ubierania maski. Piszecie, że:

- prawdziwa wartość jest w człowieku, który zaakceptuje "Ciebie, a nie maskę". (w takim razie spróbujcie zaakceptować tego potwora ze zdjęcia!)
- maska - mina, upupienie, do życia bez maski się "dorasta" (w dzieciństwie bez maski cierpiałem)
- "lepiej bądź zwyczajny" (JAK niby?)
- "dlaczego ukrywasz swoje zaburzenia przed innymi"?

Ci z Was, którzy nie mają ZA chyba bardzo negatywnie odnoszą się do znaczenia maski w życiu człowieka. Utożsamiacie ją z udawaniem, ukrywaniem, męczeniem się, fałszywością. Współczujecie mi, namawiacie do bycia prawdziwym.

Drodzy Moi Czytelnicy! Namawiać do bycia prawdziwym i współczuć możecie komuś, kto bez tzw. "maski" wygląda znacznie lepiej i może bez niej żyć będąc szczęśliwszym, niż w masce. Odnosicie tą zasadę zapewne do samych siebie - może faktycznie bez maski wyglądacie "fajnie", spontanicznie, atrakcyjnie i blisko w oczach innych...

Niestety bardzo sobie uświadomiłem, jak trudno jest mi wytłumaczyć ludziom (łącznie z najbliższymi osobami), co takiego jest ze mną nie tak!

Zacznijmy w takim razie od początku...

Podobno emocje trafiają do ludzi najbardziej. Popatrzcie w takim razie na szkaradne straszydło ze zdjęcia, które zamieściłem. Patrzcie się na jego twarz, po czym odpowiedzcie sobie na serię następujących pytań:

  • czy chcielibyście się obudzić koło takiej osoby rano w łóżku?
  • czy zatrudnilibyście taką osobę do pracy jako kelner/sprzedawca/psycholog dziecięcy?
  • czy patrzelibyście na zdjęcie tej osoby godzinami?
i najważniejsze:
 
Wyobraźcie sobie, że jest to Wasze zdjęcie... czy wolelibyście iść do hipermarketu w niedzielę w masce, czy bez - tak jak na zdjęciu?

Przeżyłem trzydzieści kilka lat. "Występowałem" przez ten czas przed ludźmi zarówno w masce, jak i bez niej. Gdy byłem (zwłaszcza w dzieciństwie) bez maski, wywoływałem na ludziach podobne wrażenie, jak postać z niniejszego zdjęcia. Dwadzieścia kilka lat nauki chodzenia "w masce" upodobniło mnie do człowieka atrakcyjnego społecznie, godnego zaufania, pozytywnego i wartościowego.

Dlatego właśnie kocham swoją maskę - bardzo się z nią utożsamiam, nie chcę bez niej nigdzie wychodzić i nie chcę przed ludźmi pokazywać się bez niej. Brak dojrzałości? Nonsens! Ludzie, z którymi rozmawiam - im starsi i bardziej bystrzy, noszą mocniejsze i bardziej atrakcyjne maski! To małe dzieci i ludzie głupi są ich pozbawieni!

Droga Miro - przecież trzymasz kciuki, aby Twój syn nauczył się życia w masce, bo tylko wtedy odniesie sukces...

Drogie kobiety! W jakim celu malujecie się, farbujecie włosy, nosicie atrakcyjne wizualne ubrania? Czy nie jest to forma maski?

Wagner Stiller Art - napisałeś coś, co mi się bardzo spodobało: "bez maski nie da się przeżyć za drzwiami". Podpisuję się pod tym... Straciłbym pracę i utraciłbym kontakt z ludźmi, na których mi zależy.

Ines Loxely: napisałaś trafną rzecz: Król Baldvin IV nosił maskę, bo pod spodem prawie nie miał twarzy i miał ją powykręcaną. Z tego powodu i ja ją noszę - pod spodem mam powykręcaną, chorą osobę, nieakceptowaną, krytykowaną i wyszydzoną przez ludzi... I O TYM JEST ZESPÓŁ ASPERGERA!!!

A terapie, rozmowy i edukacja ludzi z ZA polegają w głównej mierze na założeniu przez nich maski. Bo to, co mamy jest nieuleczalne. A maska, to jedyny sposób ZA na "normalne" życie. Prawda? A może się mylę? :)
 
PS. przepraszam, że porównałem się do króla Baldwina IV. Tak naprawdę jestem na co dzień znacznie skromniejszy 
 
 

28 mar 2015

Pierwsze dwa tygodnie w nowej pracy.

Dostałem podwyżkę i umowę na dłuższy okres. Szefowa jest chyba ze mnie zadowolona. Staram się, jestem otwarty na wszystko i ugodowy. To co robię, jest mi znane i dość proste. Współpracownicy nie mają pojęcia, że mam ZA. Jestem nieśmiały nieco, ale po drugiej kawie rozkręcam się. Pod wpływem kofeiny tracę hamulce, jestem całkiem towarzyski, potrafię rozmawiać z ludźmi, potrafię nawet udawać przebojowego! To fantastyczne, kiedy ludzie ze zdziwieniem i szokiem patrzą na mnie, gdy bardzo śmiałym głosem z niezwykłą barwą, melodią i przebojowością potrafię zagadywać, rozśmieszać i prowadzić elokwentną konwersację. To nawet bardzo zabawne!

Nikt nie ma pojęcia, że mam doskonały, perfekcyjny wręcz słuch, a barwa, a nawet brzmienie mojego głosu są wyuczone i bardzo dźwiękonaśladowcze. Mariusz Max Kolonko, Maciej Stuhr, Piotr Tymochowicz, moich dwóch wykładowców ze studiów sprzed lat... To ich głosy, akcent, pauzy, sposób werbalizacji... Bawię się głosem, słowem. Bez skrępowania udaję i jestem kimś, kim nigdy nie byłem. Ludzie patrzą na mnie ze zdziwieniem. Wyuczony uśmiech, postawa, przekręcenie głowy, zmarszczenie czoła, gest. Naśladownictwo, maski, lustrzane odbicie innych osób... to taki prosty sposób na życie dla mnie... Mogę bez skrępowania powiedzieć drugiemu człowiekowi chyba wszystko... bez najmniejszych oporów. Chcesz rozmawiać o seksie? Fekaliach? Umieraniu? Bogu? Pijaństwie? Katowaniu ludzi w Syrii? Nic nie jest tabu. Bo od wszystkiego można się odgrodzić emocjonalnie. Każdy temat jest za grubą, pancerną szybą. Każdy temat jest tylko programem emitowanym przez telewizję mojego umysłu.

Jaki jestem naprawdę? Czy coś czuję? Jak najbardziej. Mnóstwo rzeczy. Ale nie pokazuję, nie potrafię. To siedzi wewnątrz. Czuję muzykę, czuję ból, czuję strach, smak i dotyk swoich łez. Żal, że jestem kim jestem. Rozczarowanie sobą, że nie mam takiego wpływu na najbliższe otoczenie, jaki bym chciał mieć. Samotność, lęk, zagubienie, rozdarcie.

Ale rano piję kawę, która pomaga mi z powrotem założyć maskę udającą normalnego człowieka. I znów potrafię się świetnie zachowywać, znów na moment jestem przebojowy, atrakcyjny i "profesjonalny". Fajnie! Przez 8 godzin wytrzymam, potem odpocznę... Tak czuję po prostu życie. Tak ma być.