20 gru 2014

Rady dla rodziców dzieci z ZA

Dość często koresponduję z Wami prywatnie. Poznaję wówczas albo innych aspich, albo rodziców dzieci, które mają ZA. Ci ostatni dzielą się na takich, którzy w pełni akceptują ZA swoich pociech, albo wstydzą się ZA swoich dzieci ukrywając ten fakt przed innymi. Ci drudzy często opóźniają poznanie prawdy i nie chcą się dowiedzieć, dlaczego ich dziecko jest nieco inne niż pozostałe. Ja miałem właśnie rodziców z tej ostatniej grupy.

Chciałbym namówić wszystkich rodziców, którzy mają dzieci, u których podejrzewają lub właśnie zdiagnozowali ZA do przestrzegania kilku zasad, przy czym pamiętajcie, że są to zasady, których ja bym sobie życzył od moich rodziców, gdyby możliwy był powrót do dzieciństwa:

  1. nie wstydź się przed innymi, że Twoje dziecko jest inne. Ono nie czuje wstydu tak długo, dopóki nie zobaczy, że Ty masz z tym duży problem
  2. nie miej żadnych oporów, by przygotowywać otoczenie (opiekunki, przedszkolanki, nauczycieli) na spotkanie ze mną i nauczanie mnie. Nie ma nic gorszego, niż nauczyciel, który traci cierpliwość i zaczyna wrzeszczeć, a ja nie rozumiem dlaczego
  3. jeśli Cię wkurzam i denerwuję, to nie dlatego, że jestem zły i z natury niegrzeczny. Tak po prostu wygląda mój prawdziwy świat, którego prawdopodobnie nie akceptujesz.
  4. gdy doprowadzasz mnie do porządku i dyscypliny strachem i terrorem, pamiętaj, że bojąc się będę grzeczniejszy, ale za parę(naście) lat opanuję stosowanie strachu i terroru na innych ludziach do perfekcji. Zwłaszcza, gdy jestem inteligentny
  5. gdy oczekujesz ode mnie mówienia prawdy, za którą mnie karcisz i karzesz, uczysz mnie w tym momencie kłamstwa. Ta nauka zostaje na całe życie. W ogóle ludzie jeśli kłamią, robią to chyba ze strachu
  6. kiedy mam silne objawy nerwicowe i psychiatra zaleca psychotropy, robi to, żeby to mi było mi łatwiej, a nie mojemu rodzicowi... Tobie będzie łatwiej, jeśli nie wykupisz leków i zmienisz psychiatrę, który uznał, że z Twoją pociechą jest coś nie tak, prawda? Łatwiej udawać, że wszystko w porządku, a "młody"... jakoś sobie da radę, bo jest młody... Pamiętaj! Leki są po to, żeby to mi było łatwiej, a nie Tobie...

I najważniejsze:

- niezależnie od tego jak mnie wychowasz, pamiętaj, że świat, w mojej głowie jest inny, niż świat, w którym Ty żyjesz... Kiedyś Cię zawiodę, złamię reguły z Twojego świata, doprowadzę do rozpaczy. Sprawię, że będziesz cierpiał widząc, że jestem inny niż Ty. Bądź gotowy na to, że pomimo Twoich wysiłków przestanę być człowiekiem wychowanym wg Twoich zasad. Nie oczekuj, że będę idealnym, wiernym, do końca posłusznym pracownikiem, mężem, ojcem, matką, córką, synem. Dlaczego? Nie "czuję" do końca Twoich zasad i z reguły spełniam je dla świętego spokoju. Ale mam swoje zasady, które mogą Ci się wydać pokręcone i sprzeczne z etyką i moralnością, jaką znasz. Prędzej czy później zawiodę Cię, złamię i przerażę. Chyba, że wejdziesz w mój świat i spróbujesz pojąć reguły, którymi się kieruję, a których złamanie jest dla mnie ciosem psychicznym...

A teraz opowieść, którą pragnę się z Wami podzielić o tym, do czego może prowadzić bagatelizowanie i nie liczenie się ze światem wewnętrznym ZA.

Kiedyś znajomy, który pracuje obecnie na oddziale dziecięcym szpitala psychiatrycznego w pewnym dużym mieście opowiadał mi o przypadku chłopca, który miał na imię Bartek. Nie był on zbyt lubiany przez lekarzy, pielęgniarzy i nauczycieli w szpitalu. Miał ZA i był inteligentnym, ale bardzo natrętnym uczniem, który bez wyczucia i dyscypliny pytał i komentował, gdy coś było nie tak. Spał w jednej sali z 5 innymi chłopcami. Którejś nocy skatował swojego głuchego kolegę Filipa. Bił go po twarzy aż do krwi, trwało to wiele minut, zanim ktoś interweniował.

Debil! Ktoś mógłby powiedzieć. Ale prawda była nieco inna. Poprzedniego dnia, w sali lekcyjnej, pobity później Filip podarł dla zabawy zeszyt Bartkowi. Bartek poskarżył się nauczycielowi, bo Filip zaburzył mu pewien uporządkowany rytm pracy w szkole. Zeszyt był dla chłopca bardzo ważny. Nauczyciel obiecał, że ukarze za ten wybryk Filipa, ale niestety obietnicy nie spełnił. Bartek pod koniec lekcji raz jeszcze się przypomniał o karze, ale jego prośba nie odniosła skutku. Postanowił interweniować u lekarza domagając się kary dla Filipa, ale też nic z tego nie wyszło... przyszedł wieczór i noc. Chłopcy spali. Wszyscy oprócz Bartka. O czwartej w nocy gdy nie mógł spać z powodu zawodu i braku poczucia sprawiedliwości, chłopiec wstał i sam ją wymierzył...

Nie chcę oceniać, czy Bartek postąpił słusznie czy nie słusznie. Pewne zasady i obietnice są dla nas tak ważne, że faktycznie nie możemy spać, gdy się ich nie spełni. Męczy nas to wewnętrznie i nie daje skupić na innych dziedzinach życia, zanim nie uporządkujemy spraw bieżących...


3 gru 2014

Dziś wyjątkowo nie śpię w mroźnym domku w lesie, lecz w dużym mieście. Zająłem się pracą nad swoją firmą, mam przy sobie profesjonalną pomoc, która pomaga mi w bardzo wielu rzeczach. Wynająłem też biuro, bo wcześniej pracowałem w różnych dziwnych miejscach: na kanapie, w hotelu, w kawiarni. Wszędzie z jakiegoś powodu niewygodnie, głośno lub śmierdząco.

Wraz z moją profesjonalną pomocą wynajęliśmy podwójne biurko na wielkiej otwartej przestrzeni i z ogromnymi oknami. Bardzo to mi się podoba, bo mam sporą klaustrofobię, a wielkie, czyste, uporządkowane przestrzenie bez mocnych kolorów i zbędnych ozdobników świetnie na mnie wpływają. Wokół jest cicho, ciepło, nastrojowo, są przytulne kanapy do odpoczynku. I w takich warunkach powstaje nowa firma, jutro wizyta w urzędzie i rejestracja działalności. Nienawidzę urzędów - dużo ludzi i masa formalności, których za bardzo nie rozumiem, zwłaszcza zasad dotyczących płacenia podatków i ubezpieczeń. W dodatku mowa urzędników często pozbawiona jest logiki, a moje odpowiedzi na ich pytania często doprowadzają ich do szału, co kończy się stwierdzeniem, że jestem po prostu złośliwy.

Acha... nauczyłem się ostatnio, że jak odpowiadam ludziom na pytania i czuję, że nie o taką odpowiedź im chodziło, to zamiast wypaść na człowieka cynicznego i złośliwego, staram się wypaść na kogoś, kto właśnie sobie zażartował. Dzięki temu, znacznie częściej widzę uśmiech na twarzach ludzkich świadczący o akceptacji mojej osoby.

29 lis 2014

Zmiany...

Bardzo dziękuję Wam za udostępnianie mojego poprzedniego postu o rodzinie ze spalonego domu - oby jak najszybciej odbudowali spalony dach.

Jestem na etapie zmian w życiu. Zmieniłem miasto zamieszkania o ponad 150km, chcę sobie na nowo ułożyć też życie zawodowe. Trudno dobrze mi wypaść na rozmowie kwalifikacyjnej, więc wpadliśmy wraz z moją ukochaną obsesją na pomysł, że to ja będę zatrudniał ludzi. Mówiąc wprost: otwieram swoją firmę.

Co do moich problemów w związku: wciąż bardzo gorąco pragnę ułożyć sobie życie z moją Ukochaną, aby móc codziennie w spokoju zasypiać - bez nerwów, bez stresu i bez pustki wokół. Ludzie mówią, że jak się czegoś bardzo mocno chce, to trzeba w to wierzyć. Ja się staram to robić każdego dnia mimo, że sił czasem brak, a w nocy przychodzą bezsenne chwile silnego lęku, że stracę wszystko... Nie znoszę takich nocy. Są toksyczne, bo z głowy wyłażą na powierzchnię największe strachy siedzące w podświadomości. Ciągnie się to już wiele tygodni, schudłem 7kg. Ale jestem jak mało kiedy w tym dążeniu - bardzo stały, konsekwentny i silny w męczącym i powolnym staraniu się, aby było między nami dobrze, aby być człowiekiem, którego można polubić (tak jak kiedyś), pokochać i być dla niej kimś, za kim (i z kim) można szaleć. Mam swój cel, pragnę go osiągnąć - chcę dać szczęście tej drugiej osobie i dzięki temu samemu poczuć się szczęśliwym.

Trzymajcie proszę kciuki... Nie marzę o niczym innym...

27 lis 2014

Prośba o pomoc (nie mi)

Uwaga! Proszę Was dobrzy ludzie i moi przyjaciele o przeczytanie...

Dziś Kolejna noc na odludziu, dzisiaj zimniej: 0 stopni w lesie, 13 stopni w moim przytulanym pokoju, w którym za chwile położę się spać. Ale nie o mnie dzisiaj...

Parę dni temu zdarzyła się tragedia. Przyjaciołom mojej najwspanialszej terapetki, której obiecałem ostatnio dość sporo, spalił się dom. Poddasze i piętro poszło z dymem, a parter został zalany. Są kompletnie spłukani, bo dom był nieubezpieczony. Zbliża się zima, a oni nie mają gdzie mieszkać. Remont dachu kosztuje fortunę... W dodatku to dobrzy ludzie...

Wiem że wszyscy z Was mają wokół siebie jakieś cierpienie i współczucie, dlatego bardzo Was proszę o jakąkolwiek pomoc dla tych biednych ludzi. Jeśli nie finansową, to zwracam się do Was chociaż z małą prośba o udostępnienie tego postu na szerszą skalę... To dobrzy ludzie i po prostu mieli potwornego pecha tracąc wszystko w poniedzialkową noc...

Jak możemy pomoc?

Wpłacając cokolwiek na fundację:
Stowarzyszenie "INNE jest piękne"
Ul. Zaruskiego 23
80-299 Gdańsk
Nr konta: 31 1140 2017 0000 4602 1289 5464
Tytułem: Pomoc dla Wodnika 30-32.

Bardzo Was proszę o udostępnienie tego postu. Złóżmy sie (kto może oczywiście) na dach dla dwóch rodzin zanim jeszcze zima zacznie się na dobre!!!

Z góry Wam dziękuję!

21 lis 2014

Na odludziu...

Jestem na odludziu. Termometr pokazuje już 17 stopni. Godzinę temu było 10. Próbuję zapomnieć, na wszystkie możliwe sposoby o tym co sie złego ostatnio wydarzyło. Jest mi ciężko. Znam sposób, żeby przestać sie zadręczać, żeby przestać cierpieć. Niestety byłem przez kilka ostatnich dni na bardzo ważnej terapii po której obiecałem, że nie zrealizuję tego sposobu. Zawiódł bym wtedy najważniejszą osobę w moim życiu i bardzo by przeze mnie płakała i nigdy by sobie nie wybaczyła. Codziennie walczę, żeby obietnicę spełnić. Czuję ogromną potrzebę złamania tej obietnicy, aby uwolnić się raz a dobrze od tych wszystkich paskudnych rzeczy, które kołtują się i bolą w mojej głowie. Jednak ta menda przechytrzyła mnie i wykorzystała fakt, że mam jednak w życiu pewne słabości. Jeszcze kilka dni temu śmiałem się, że złamię wszystkie zasady, zniszczę wszystko co kochałem i odejdę raz a skutecznie ku uciesze ludzi, których na codzień niszczę. Ale ta "świnka" tak mną pokierowała, że nie jestem w stanie przestać cierpieć w najwygodniejszy dla siebie sposób. Nie wiem czemu, bo przeze mnie sporo cierpiała.

Oznacza to, że jeszcze będę pisał tutaj... Nie wiem jak długo. Wciąż szukam w sobie siły aby przeciwstawić się obietnicy, jaką dałem i zaznać ulgi. Bezskutecznie jak na razie. Marzę o odpoczynku. Marzę, aby przestać się przejmować moją "świnką". Niestety czuję w głowie, że wciąż jest blisko. Nie potrafię się jeszcze uwolnić. Pieprzona terapeutka się znalazła... Obiektywnie rzecz biorąc (o zgrozo), baaaardzo skuteczna...

29 paź 2014

Coś jeszcze gorszego się stało...

Otrzymałem od Was bardzo dużo wsparcia i mnóstwo listów z życzeniami, bardzo cennymi uwagami (również w komentarzach). Dziękuję zwłaszcza Maciejowi Świerczyńskiemu, którego komentarz spowodował, że jeszcze tego samego dnia znalazłem się u znakomitego specjalisty.

Niestety wizytę odbyłem zbyt późno. W ciągu doby od wizyty dostałem bardzo silnej autoagresji przedawkowując leki zapisane mi przez psychiatrę, zmieszałem je z alkoholem (z badań krwi: 1,4 promila) oraz zadałem sobie liczne powierzchowne obrażenia na całej klatce piersiowej maszynką do golenia jednorazową. Następnie dostałem zapaści. Resztę pamiętam jak przez mgłę, moja partnerka wezwała karetkę pogotowia, po czym otrzymałem zastrzyk, po którym odzyskałem sporą część świadomości.

W szpitalu badanie krwi, moczu, płukanie żołądka i kroplówka. Wszystko w papciach i domowym ubraniu. Cały czas na korytarzu czekała na mnie moja kobieta. Podobno spędziłem tam trzy godziny. Niestety mam traumę przed szpitalami, bo za dziecka dużo w nich przebywałem, a także pochowałem kilku swoich krewniaków żegnając się z nimi właśnie w szpitalach. Jako, że w pokoju, w którym otrzymywałem kroplówkę przebywałem samemu, postanowiłem wyrwać sobie wężyk podłączony do wenflonu i wylać wszystko do wanny, w której wcześniej dokonywałem płukania żołądka. Niestety strumyczek, którym leciała kroplówka sączył się bardzo powoli. Udało mi się spuścić 3/4 zawartości. Lekarz robiący wywiad zasugerował hospitalizację na oddziale, na co kategorycznie się nie zgodziłem tłumacząc, że obrażenia i autoagresja miały jedynie zamienić ból psychiczny na fizyczny i o żadnym samobójstwie nie ma mowy. Co było na szczęście zgodne z prawdą, było na tyle przytomne i wiarygodne, że lekarz odpuścił uznając, że nie należy pozbawiać mnie własnej woli i nie stanowię już więcej zagrożenia dla samego siebie. W "uwolnieniu" mnie dodatkowo pomógł fakt, że byłem wyjątkowo bystrym, świadomym i logicznym pacjentem (to akurat zaleta zespołu Aspergera), a wywiad ze mną był dla lekarza czystą i przyjemnością ze względu na bardzo precyzyjny sposób wyrażania się przeze mnie.

Tydzień później wraz z moją kobietą poszliśmy do psychiatry ponownie. Bardzo dużo oczekiwałem po tej wizycie - wszak to psychiatra o świetnych referencjach i miałem nadzieję na zapisanie mi silniejszych leków no cóż... przebieg rozmowy był zupełnie inny...

Zamiast uspokoić mnie, natchnąć nadzieją i zapisać silniejsze środki, lekarz przeraził mnie koszmarnie, aż mnie zatkało. Otóż doradził jak najszybsze umieszczenie mnie w ośrodku zamkniętym dopóki jeszcze nie trzeba mi odbierać własnej woli z powodu zagrożenia, jakie stanowię dla samego siebie. Mało tego! Dodał, że konieczna jest natychmiastowa separacja z partnerką i dystans od niej... zamurowany siedziałem, zbladłem... Doktor trafił w moje dwa najczulsze źródła lęku: strach przed separacją z najbliższą mi osobą i strach przed szpitalem, z którym mam straszne skojarzenia. Nie próbował mnie uspokajać zbyt mocno...

Bardzo szybko opuściłem gabinet, gdzie moja partnerka została jeszcze pół godziny rozmawiać (pewnie o mnie). Zacząłem przygotowywać sobie awaryjny plan ucieczki przed zamknięciem mnie, w grę wchodziła nawet ucieczka do Niemiec. W drodze do domu moja ukochana postawiła przede mną warunek: w ciągu dwóch dni sam się zgłoszę do szpitala na zamknięcie, albo zrobi to fortelem...

Wróciłem do domu cały rozstrzęsiony... minęła dobra godzina, zanim się pozbierałem, w końcu polazłem do łazienki, stanąłem przed lustrem i zacząłem się sobie przyglądać. Byłem poszatkowany, mój korpus przypominał tarkę do warzyw o dziesiątkach czerwonych pręg, z których część zaczęła się całkiem nieźle goić. I wtedy mnie olśniło...

Zacząłem od słów skierowanych do siebie: "Ty durniu, ty idioto. Dałeś się zmanipulować jak dziecko..."!! A potem słowa do doktora: "Ty cholerny manipulancie!"

Tłumaczenie: Lekarz, u którego byłem, jest przedstawicielem nurtu poznawczo-behawioralnego. Jedną z najtrudniejszych i najbardziej ryzykownych technik terapeutycznych jest terapia szokowa. W tym przypadku specjalista wykorzystał na mnie metodę warunkowania klasycznego. Skojarzył niebezpieczny dla mnie bodziec, który przynosił mi ulgę, czyli cięcie się, z ogromnym strachem przed szpitalem i utratą partnerki... Zakotwiczył mi strach na bodźcu tak, aby nie przynosił mi więcej ulgi...

Od poniedziałku nic mi już nie grozi! Zacząłem patrzeć na siebie w lustrze zupełnie w inny sposób. Polubiłem się taki, jaki jestem. Jestem też dumny, że rany się szybko goją. Będę miał bardzo dużo blizn, które przypominają mi, że jeśli tylko natrafię na właściwą osobę, jestem w stanie sobie ze wszystkim poradzić i odrodzić się jak feniks z popiołów!

PS. Zdjęcie jest autentyczne i nie jest powierzchnią planety Jowisz.


20 paź 2014

Coś złego się stało...

Drodzy ludzie i przyjaciele. To już ponad miesiąc jak nie pisałem nic tutaj. Niektórzy z Was, pytają mnie czy wszystko jest ze mną w porządku?

Nie jest. Od kilu tygodni przeżywam bardzo dużo negatywnych emocji, bo dookoła mnie wiele spraw niestety nie układa się tak, jakbym tego chciał. Dotyczy to niestety bardzo ważnych dla mnie sfer życiowych: głównie mojego związku z najbliższą mi osobą.

Przez to, że jestem jaki jestem, nakomplikowałem w Jej życiu wiele planów, za pomocą których, mogłaby być szczęśliwą osobą. Pech chciał, że natrafiliśmy na siebie i bardzo mocno siebie pokochaliśmy.

Kiedyś pisałem, że nie wiem jak właściwie opisać miłość, ale wydaje mi się, że potrafię opisać to, co czuję do niej. Na pewno czuję do niej znacznie większy pociąg fizyczny, niż do wszystkich kobiet, które w przeszłości spotkałem. Na pewno jest ona moim największym i najwspanialszym przyjacielem, którego miałem.

I teraz te mniej zdrowe rzeczy, które czuję: niestety przeniosłem na tą osobę wszystko to, co czułem do matki przez ostatnie trzydzieści kilka lat, czyli potrzebę bliskości, poczucie bezpieczeństwa, potrzebę opiekowania się mną, potrzebę bycia posłusznym wobec niej, potrzebę przytulenia i ukojenia, gdy coś ze mną jest nie w porządku. Nie wiem czy dobrze to opisałem, ale czuję się z nią tak, jak dawniej przy mojej mamie. Nie zrozumcie mnie źle - jestem samodzielnym człowiekiem i zawsze potrafiłem podejmować decyzje i samemu rozwiązywać problemy. Ale przez kilkanaście miesięcy przeniosłem te uczucia z mojej prawdziwej mamy właśnie na tą osobę. Bardzo dziwnym trafem czuję też do niej coś, co można nazwać miłością rodzica do dziecka. Opiekowanie się nią, gotowość do wybaczania wszystkich złości wobec mnie, wspieranie w trudnych chwilach, trzymanie kciuków za kolejne "kroki" w jej życiu, gotowość do interwencji w razie problemów, z którymi nie może sobie poradzić, wsparcie w każdej materii (fizycznej, materialnej, emocjonalnej).

Podsumowując: czuję się przy niej jak kochanek, przyjaciel, syn i ojciec.

Niestety prawdopodobnie wszystko chyli się ku upadkowi, bo nie mogę dać tej osobie wszystkiego, czego ona by pragnęła w życiu, a ponadto nastąpił szereg bardzo ciężkich wydarzeń w życiu, które zniszczyły to, co ona do mnie czuła. Wiem i czuję, że nie do końca, ale na tyle zniszczyły, że ta osoba przy mnie się męczy i cierpi - tym bardziej, im mocniej staram się być dla niej najlepszymi: kochankiem, przyjacielem, synem i ojcem. Jest jej wtedy jeszcze ciężej, bo ma wyrzuty sumienia, że coś w niej "wygasło", że nie daje rady psychicznie ze mną być.

Rozstanie jest blisko, a ja chyba nie mogę nic na to poradzić, widzę jak się męczy przy mnie pomimo, że w głębi serca sporo do mnie czuje. Wiem, że dla jej dobra powinniśmy się rozstać, ale nie potrafię ani tego zrobić, ani poradzić sobie z wizją rozstania. Bardzo nie chcę tracić w swoim życiu czterech rodzajów uczuć, którymi obdarzyłem ją. Życie bez tych czterech osób w jednej ukochanej kobiecie, wzbudza we mnie bardzo duży strach i pustkę. To ten rodzaj strachu, jaki towarzyszy, gdy wiesz, że najbliższa osoba jest nieuleczalnie chora i jej śmierć jest kwestią kilku tygodni. Strach i poczucie beznadziei jest podsycane przez fakt, że od wielu lat nie przestałem czuć do niej tego, co czułem na początku.

Do tego doszły problemy zawodowe.

Nie jestem w stanie skupić się na pracy. Straciłem wolę walki i bycia ambitnym w swojej pracy, straciłem wolę znalezienia nowej pracy, której bardzo potrzebuję. Nie jestem w stanie skupić się na nikim innym, niż tylko na niej. Niestety to tylko pogarsza sytuację, bo to bardzo inteligentna osoba, która widzi, że cierpię. Straciłem też kontakt z wieloma osobami, a jeśli już się z kimś widzę, nie potrafię rozmawiać, nie rozumiem, co się do mnie mówi. Od wielu tygodni odczuwam coraz większą apatię i obojętność, czuję się wypalony z całej pozytywnej energii, nie mam pomysłu o czym mam do Was pisać mimo, że jest wśród Was mnóstwo wspaniałych ludzi, z którymi regularnie piszę. Miałem też niestety próby autoagresji, konkretnie samookaleczania się. Czuję w głowie bardzo silny ból, często fizyczny. Nasiliły mi się tiki nerwowe, echolalia, natręctwa, które sprawiają mi duży kłopot, zwłaszcza podczas pracy. Sytuację ratuje alkohol, który uspokaja powyższe objawy, niestety prowadząc do uzależnienia. Przez to, że czuję się wrakiem człowieka, mam świadomość, że jestem dla niej znacznie mniej atrakcyjny, zaradny niż kiedyś, jako tętniący życiem i wigorem człowiek sukcesu. Czuję, że zamiast tego ma u swojego boku kulę u nogi, którą trzeba nosić, która hamuje i nie pozwala iść naprzód.

Być może powyższe słowa są wołaniem o pomoc, czego bardzo nie lubię robić, bo zawsze radziłem sobie sam i to ja pomagałem innym. Mam chyba kompleksy pod tym względem, bardzo się wstydzę zwrócić o pomoc. Dzięki temu, że tutaj z Wami czuję się anonimowy, mogę sobie na to pozwolić. Nie wiem co mam zrobić i jak sobie poradzić. Chcę iść do psychiatry, aby otrzymać jakieś lekarstwa. Jednocześnie każdego dnia łudzę się, że poradzę sobie jakoś sam.