20 cze 2015

Masz faceta z ZA? Aj!!! Bardzo Ci współczuję!

Masz faceta z ZA? Aj!!! Bardzo Ci współczuję! Konkretnie tego:

  1. Jeśli nie będziesz się interesować jego pasjami, oddzieli się od Ciebie grubą ścianą dystansu.
  2. Masz ochotę na spontaniczne wyjście na imprezę? Jeśli idzie z Tobą, często robi to z musu.
  3. Gdy mu mówisz czułe słowa o miłości, może się na Ciebie patrzeć jak na debila.
  4. Śmiejesz się głośno i radośnie z jakiejś sytuacji ze swoim facetem? To dlatego, że on jest nauczony śmiania się akurat wtedy, gdy inni to robią :)
  5. Masz ochotę się wkurzyć, pokłócić i obrazić? Prawdopodobnie wkurzysz się znacznie bardziej, niż miałaś zamiar, bo albo się nie przejmie, albo zamiast po ludzku pokrzyczeć, powie Ci spokojnym głosem coś, co Cię bardzo zaboli!
  6. Masz takie momenty, że Cię w ogóle nie słucha? Prawdopodobnie masz rację!
  7. Nie chce stawać w Twojej obronie i grozić "konkurentom", którzy Cię podrywają? Myślisz, że to mało męskie? No cóż... on musi przemyśleć i zastanowić się jak zareagować, a do tego trzeba mu... czasu!

Masz ZA i (normalną) kobietę równocześnie?

Aj!!! Bardzo Ci współczuję! :) Te dwie rzeczy bardzo się nie lubią. Konkretnie dlatego:

  1. Kobieta może myśleć, że Twoje pasje są po to, żeby się od niej zdystansować. Poświęć więc jej od czasu do czasu nieco więcej uwagi, niż kilka zdań w stylu "jak tam dziś w pracy".
  2. Kobieta od czasu do czasu lubi robić zwariowane, spontaniczne rzeczy. Postaraj się, żeby je robiła z Tobą. Ona naprawdę do tego potrzebuje bliskiej osoby!
  3. Kobieta potrzebuje mówić o uczuciach do bliskiej osoby. Ale... wysłuchanie to za mało. Potrzebuje też słyszeć o uczuciach od Ciebie. Naucz się tego :)
  4. Kobieta powiedziała coś śmiesznego i wypada się pośmiać? To za mało! Kontynuuj temat i teraz Ty wymyśl i powiedz coś, co Cię bardzo rozśmieszy!
  5. Kobieta się wkurzyła, ma focha i pieprzy głupoty? Pamiętaj, że wkurzasz bardzo. Czasem aż chce się wbić szpilę, gdy jest wredna. Zamiast szpili, wbij szpileczkę i przeczekaj. :) Nie karaj zbyt mocno!
  6. Słyszysz czasem jej dźwięki w tle, gdy robisz coś ciekawego? Prawdopodobnie właśnie coś do Ciebie mówi! Albo przerwij i posłuchaj, albo powiedz, żeby zaczekała, bo nie masz podzielności uwagi!
  7. Faceci ją podrywają i nie wiesz co zrobić? Pamiętaj, że kobiety lubią być podrywane przez obcych facetów i bronione przez swoich. Stań się zwierzęciem. Zmasakruj rywala cynizmem, kpiną, żartem, kąśliwym tekstem. Będziesz atrakcyjniejszy w jej oczach i dasz jej odrobinę radości, że Ci na niej zależy!

11 cze 2015

Moje ograniczenia w pracy

Dzisiaj jest dzień, kiedy moja psychika dała mi sygnał ostrzegawczy, że jet źle. Drżenie rąk, biegunka, wymioty, wewnętrzne stany lękowe, gadanie do siebie, odruch strachu i ucieczki przed każdym, kogo spotkam.

Poprzez swój upór i pracowitość (7 roboczych dni w tygodniu, czasem powyżej 10h) Zarabiam dużo pieniędzy (jak na średnią w Polsce), ale mam nad sobą szefową, która zarządza "poprzez cele". A to znaczy, że wyznacza zadania, terminy, a potem rozlicza z ich wykonania. Kłopot mój polega na tym, że nie nadążam. Nie starcza mi 8 godzin w biurze na realizację ich wszystkich. Dlatego "sugerowane" jest zabieranie pracy do domu. Mamy komputery, które nosimy ze sobą do domu i ewentualnie w taki sposób pracujemy, gdy nie zdążymy czegoś zrobić w firmie. No ale się zrobiło tego za dużo i nie jestem w stanie zrealizować wszystkich zadań. W dodatku nie mam podpisanej stałej umowy i moje losy tutaj się wciąż wahają. Nie radzę sobie z tym psychicznie.

Największym problemem, jaki sprawiam szefowej jest brak wielowątkowości zwanego też u nas multitaskingiem. Polega to na tym, że nie umiem przeskakiwać z zadania na zadanie, przez co "rozruch" w kolejnym zadaniu trwa zbyt długo i zanim nabiorę obrotów, to bywa, że muszę zrobić coś innego. W dodatku są to zadania często prymitywne - powinna je robić osoba niżej opłacana, niż ja. Po powrocie z pracy mam sporo różnych rzeczy i obowiązków do zrobienia i nie jestem w stanie psychicznie, ani fizycznie zająć się pracą. Efekt? Boję się zwolnienia i jeżdżę do pracy ze strachem.

Mam też trudności komunikacyjne. W naszej firmie kontaktujemy się mailowo. Ale ludzie piszą maile w taki sposób, że niewiele z nich rozumiem. Skróty myślowe, błędy literowe, korponowomowa, brak orzeczeń w zdaniu, brak przecinków o kropek, przez co nie wiem o co chodzi. Czytam maile po kilka razy, czasem decyduję się udawać, że je zrozumiałem, żeby nie wkurzyć kogoś.

Znacznie lepiej mi idzie rozmowa w cztery oczy. Mam doskonale wyuczoną analizę mimiki twarzy, mikromimiki ust i wybrzmienia słów (ich barwy, intonacji), dzięki czemu patrząc się na mojego rozmówcę jestem w stanie bardzo dużo zrozumieć, a nawet wykryć kłamstwo, nieszczerość, wstyd i inne prawdziwe intencje. Co dziwne, gdy nie patrzę na twarz rozmówcy lub słyszę go tylko przez telefon, to problemy komunikacyjne wracają.

Jedna z czytelniczek poprosiła mnie o garść porad dla aspiego w pracy, aby zwiększyć jego szanse na zatrudnienie i utrzymanie pracy. Więc szykuję kolejny miniporadnik. Właśnie dla dorosłych aspi, którzy są niestety w dużo gorszej pozycji na rynku pracy u nas.

23 maj 2015

Z cyklu ZA w szkole: (nie)pilny uczeń aspi

Retrospekcji ciąg dalszy. W moich ciemnych latach dość przykrego dzieciństwa chodziłem do szkoły podstawowej, wg starego, 8-letniego systemu. Szkoła mieściła się 700m od domu, dojście tam zajmowało mi 15 minut, gdy byłem starszy - 12 minut. Nie lubiłem chodzić, a marsz do szkoły i z powrotem męczył mnie i nudził. Chodziłem do szkoły, która była komunistycznym molochem, liczącym grubo ponad 1500 dzieci. W klasie 27-29 osób, w zależności od tego, kto kiblował, kto doszedł i odszedł. Najbardziej przerażającą cechą mojej szkoły był obłędny hałas wrzeszczących dzieci podbijany przez echo na korytarzach. Jak się uczyłem? Całkiem dobrze. Średnia ocen wahała się od 4,5 do 4,8 od czwartej do ósmej klasy. W piątej klasie najwyższa średnia pozwoliła mi cieszyć się czerwonym paskiem. W pozostałych latach nie miałem takiej możliwości ze względu na trójkę (raz z fizyki, raz z chemii).

Jak łatwo się domyśleć, ani fizyka, ani chemia nie były moimi obiektami zainteresowania. Były drętwe, nieciekawe, denne i nie uczyłem się na nie. Właściwie z żadnego przedmiotu się nie uczyłem. Czasem z pomocą rodziców przygotowywałem się na jakieś "ważne" sprawdziany. Prace domowe odrabiałem z polskiego i matematyki. Od szóstej klasy w górę moje odrabianie prac polegało na ich przepisywaniu na przerwach, na kolanie. Do kartkówek i ustnych odpowiedzi się nie uczyłem. W ostatnich dwóch klasach do sprawdzianów uczyłem się na przerwach, z kolegami powtarzając sobie materiał. To, co próbowałem zapamiętać w domu, nigdy mi do głowy za nadto nie wchodziło. Moja nauka w domu, to siedzenie nad książkami i udawanie, że się uczę. Zajęty byłem czytaniem gazet albo rysowaniem. Gdy byłem brany do odpowiedzi ustnej, zwykle dostawałem jedynkę. Odpowiadałem w inny sposób, niż życzył sobie nauczyciel, dużo wymyślałem i improwizowałem, albo zamykałem się w sobie i milczałem, żeby nie powiedzieć czegoś głupiego. Nie lubiłem odpowiadać na pytania nauczycielom, wstydziłem się przed kolegami odzywać publicznie, bo mógłbym zostać wyśmianym. Zresztą wraz z wiekiem, coraz mniej trzymałem się z moimi kolegami. Byłem często obiektem kpin. Chociażby z tego powodu, że nie przeklinałem (rodzice mi zabronili) i nie chodziłem na wagary (tego też mi rodzice zabronili). Niechodzenie na wagary kończyło się niestety tym, że jak cała klasa "zwiewała", to ja zawsze zostawałem, czym psułem szyki reszcie dzieciaków. W ósmej klasie lubiłem bardzo matematykę, potrafiłem wykonać każde zadanie, ani razu się do niej nie uczyłem, zawsze miałem piątki, z każdego sprawdzianu i klasówki. Miałem świetną nauczycielkę, ponieważ mówiła bardzo precyzyjnym językiem. Jej uczenie, bo był instruktarz - schemat. Krok po kroku jak wykonywać zadanie. Wystarczyła umiejętność logicznego myślenia, wzory można było zapisać, a treść zadań zawsze była przeze mnie bardzo jasna i klarowna pod względem logiki i semantyki języka polskiego. Nigdy nie miałem już więcej tak przyjemnego przedmiotu, jak matematyka, której zresztą znajomość umożliwiła mi zdanie egzaminów do szkoły średniej. Niestety nigdy potem nie miałem już nauczyciela, który w tak klarowny sposób potrafiłby wytłumaczyć przedmioty matematyczny, których miałem w szkole średniej i na studiach mnóstwo.

Wracając do czasu podstawówki. Nie uczyłem się, nie miałem ambicji, z odpowiedzi ustnych dostawałem kiepskie oceny, ale średnią miałem 4,5-4,8. Jakim cudem? Byłem bardzo zdolnym dzieckiem, chodzącą encyklopedią, maluchem, który bardzo chłonął wiedzę. Szkoła podstawowa sprawiła, że zamiast rozwijać swoje pasje, raczej zamknąłem się w sobie. Z biegiem lat przestałem mieć odwagę zgłaszać się w obecności innych dzieci na lekcjach, zamiast być ambitnym małym człowieczkiem, zamykałem się w swoich prywatnych rysunkach i zainteresowaniach. Miałem jednego kolegę, z którym potrafiłem się fascynować komiksami, naklejkami, trupami, szkieletami, wampirami. Rodzice patrzyli na mnie i moje zainteresowania raczej jak na głupie fanaberie, wstydziłem się tego przed nimi. W ten sposób do ukończenia 14 roku życia zgasło we mnie żywe dziecko, mające odwagę pytać, drążyć, lekko upierdliwe, zaczepne, z tupetem, nie zawsze postępujące wg norm społecznych. Zamknąłem się w sobie, swoim świecie na ok. 8 lat nie potrafiąc zbyt dobrze się odnaleźć w otoczeniu ani rodziny, ani kolegów i koleżanek. To był słaby okres w moim życiu.

Wtedy jeszcze nie diagnozowano zbyt dobrze ZA. Myślę, że taka diagnoza nieco by zmieniła przebieg mojego późniejszego życia. Brakowało mi akceptacji moich zainteresowań przez moich rodziców. Zamknąłem się przed nimi ze swoimi uczuciami, zainteresowaniami, które były przez nich uznawane za chore i/lub dziecinne. Niestety taki rozwój sytuacji spowodował, że w wieku dojrzewania, gdy odczuwałem ogromny popęd do płci przeciwnej, nie byłem w stanie nawet porozmawiać z żadną dziewczyną/koleżanką, gdyż bardzo się wstydziłem zamykając się w sobie. Blokada na dziewczyny trwała osiem lat i miała niszczące konsekwencje w moich przyszłych relacjach i budowaniu związków.

PS. Na zdjęciu widać m.in. mnie w wieku 7 lat.


5 maj 2015

Z cyklu: ZA w szkole: bójka

Moje ostatnie doświadczenia z przemocą sprawiły, że zrobiłem sobie głęboką retrospekcję w moje doświadczenia z przemocą. O ile uważam, że głównym zadaniem dorosłego ZA jest nabycie umiejętności samodzielnego radzenia sobie ze światem, o tyle dziecko z ZA, które umie i rozumie znacznie mniej, powinno być wspomagane przez innych i traktowane "inaczej", niż wszyscy. O co chodzi? Pozwoliłem sobie stworzyć subiektywny zbiór zasad, które bardzo mi pomogły w dzieciństwie, gdy je ktoś w moim otoczeniu stosował, co się zdarzało niestety rzadko. Zasady i fakty oczywiście ponumerowałem.

ZA, a przemoc w szkole:

FAKTY:

  1. Aspi bywają bardzo agresywni - agresja jest wynikiem "nakręcania się", którego często nie widać.
  2. Aspi bywają bardzo pamiętliwi - mogą wszcząć awanturę za rzecz sprzed kilku godzin/dni.
  3. Aspi bywają zaskakujący - często powodem i zapalnikiem są przyczyny, których nie widać i których się nikt nie spodziewa
  4. Jeśli dopuści się już przemocy, aspi jest nastawiony na skuteczność - często bije tak, żeby bardzo mocno bolało (nos, przepona, brzuch, krocze)
  5. Aspi często potrafią "ukarać" przemocą za nieprzestrzeganie zasad, niesprawiedliwość, drwinę i upokorzenie.
  6. Aspi jak najbardziej potrafi się zemścić.

CO ROBIĆ:

  1. Nie nakręcać się - krzyki, agresywna postawa nie uspokoją aspiego
  2. Odseparować aspiego od grupy, w której dochodzi do konfliktu
  3. Gdy dojdzie do argumentów siłowych, odseparować agresorów, bez wrzasków, bez wyrzutów, bez prośby o przeprosiny
  4. Jak najszybciej usunąć osoby postronne z miejsca bójki, nie rozmawiać z aspim przy grupie
  5. Rozmawiać na argumenty:
  • zapytać o powody bójki
  • nie wolno bagatelizować zasad aspiego, (które do bójki mogły doprowadzić)

I teraz, UWAGA... Poniższa metoda powinna błyskawicznie zażegnać konflikt i uspokoić aspiego!
Spokojnym głosem:
  • przedstawić zasady szkoły/życia społecznego, które zakazują używania przemocy fizycznej
  • być gotowym na kontrargumenty aspiego, że zasady szkoły nie są przestrzegane, w wyniku czego doszło do bójki
  • przeprosić, że jako wykonawca regulaminu szkoły dopuściłaś(eś) do bójki, wytłumaczyć, że nauczycieli jest znacznie mniej, niż uczniów, stąd niemożliwość egzekwowania zasad w każdym przypadku
  • poprosić o respektowanie zasad szkoły i obiecać karną rozmowę z prowodyrem (aspim lub drugą osobą, która wdała się w bójkę)
  • wytłumaczyć, że nie wolno aspiemu dopuszczać się przemocy, że jest to karalne nie tylko w szkole, ale i w naszym kraju, a te zasady są znacznie ważniejsze, niż zasada wymierzenia sprawiedliwości przez aspiego.
  • porozmawiać karnie z drugą stroną bójki tak, aby aspi wiedział, że karna rozmowa nastąpiła
  • poprosić obie strony o pogodzenie się.

I jeszcze warte dodania dwa fakty od czytelnika Mark Greenshadow:
  • Aspi często czują ból inaczej niż NT, co powoduje że (...) czasem potrafią uderzyć bardzo mocno.
  • Często do agresji dołącza się silny stan lękowy i zaraz potem zamknięcie się w sobie.

Miałem kiedyś nauczyciela, który na koniec takiego konfliktu stosował bardzo fajną zasadę. Otóż, jeśli przykładowo pobiło się dwóch chłopaków, prosił jednego o wypowiedzeniu na głos jakiejś zalety tego drugiego, a potem to samo robił z drugim. Jeśli pobił się Robert z Maćkiem, prosił Roberta, aby powiedział Maćkowi, za co można go lubić i co jest w Maćku fajnego. To samo potem było z Maćkiem. To pozostawiało chłopaków w nieco lepszym nastroju i koncentrowało ich na pozytywach. Podobało mi się to!


4 maj 2015

Zostałem pobity

Tydzień temu zostałem pobity przez swoją partnerkę. Otrzymałem sporo uderzeń po głowie i twarzy. Nie broniłem się, bo też niewiele czuję, gdy prześladuje mnie rozpacz i żal. Pokłóciliśmy się o jakieś drobne rzeczy, po których przyszły coraz poważniejsze oskarżenia i teksty. Potem przyszły uderzenia. Zaczęło się od tego, że dosłownie zrozumiałem to co do mnie napisała bliska mi osoba przez komunikator tekstowy. Na pewno nie byłem niewinny, na pewno sam częściowo sprowokowałem sytuację, ale "kara" była nieadekwatna do przewinienia. Nic mnie nie bolało, nie broniłem się i nie zasłaniałem. Samo lanie początkowo nie wywarło na mnie wrażenia. Ale po dwóch dobach zacząłem czuć, że coś jest we mnie nie tak.

Dowiedziałem się, jak wygląda szacunek bliskiej mi osoby do mnie, gdy tylko powiem o te kilka słów za dużo (przypominam: słów!). Dowiedziałem się, że zwierzęta są lepiej traktowane od ludzi. Lanie odczułem tak, jakby osoba bijąca tak naprawdę mnie nienawidziła i skrywała przez wiele miesięcy bardzo dużo gniewu i złości do mnie. Poczułem, co może skrywać w sobie człowiek, w którym nienawiść kwitła od ponad roku, a któremu nigdy nie dałem pretekstu do aż takiego negatywnego uzewnętrznienia się, bo najzwyczajniej w świecie na tyle się starałem, że nie dałem okazji do takiego wybuchu. Teraz wreszcie ten pretekst dałem i cieszę się, bo pewnie poznałem swoją partnerkę lepiej. Z drugiej strony bardzo się martwię, bo zawsze chciałem być tylko dobrym człowiekiem i starałem się nikomu nie wadzić, a w miarę możliwości pomagać na tyle, na ile potrafię. Nie rozumiem świata, w którym najbliższa osoba jest bita bez opamiętania. To się chyba nazywa patologią i marginesem społecznym. Nie chcę tak.

To co się stało jest dla mnie bardzo złe. Całe dzieciństwo byłem bardzo mocno bity. Po kilkanaście razy, głównie pasem i też z błahych powodów. W dodatku też przez jedną z najbliższych osób. Zamknąłem się wtedy w sobie na wiele lat. Zablokowałem się za grubą ścianą. Teraz doświadczenie przemocy wraca do mnie z powrotem. Za dużo przemocy. Jakiś czas temu sam ją sobie zadałem, teraz ją otrzymałem z zewnątrz.

Bardzo dużą zaletą tego, co się stało, jest fakt, że znów czuję bardzo, bardzo intensywne emocje. Nie potrafię ich uzewnętrzniać, ale bardzo mocno je przeżywam. Najlepiej to, co odczuwam opisuje piosenka, której link wkleiłem. W stu procentach oddaje to co przeżywam. Nareszcie czuję, że żyję, emocje są blisko mnie. Melodie i utwory chyba w największym stopniu potrafię "obudzić" coś ludzkiego we mnie...

27 kwi 2015

Aspergera konfrontacja z wymiarem sprawiedliwości

Zdarzyło mi się to po raz pierwszy w moim życiu. Sąd, rozprawa, zeznania. Dodam na wstępie, że nie występowałem w roli oskarżonego, ani pozwanego.

Zacząłem od wejścia - wyciągnięcie wszystkich metalowych przedmiotów, wyłożenie na tacę, sprawdzenie ich w jakiejś dziwnej maszynie, przejście przez wykrywacz metali. Z taką procedurą już się wcześniej spotykałem, więc nie stanowiło to dla mnie problemu.

W windzie jechałem z człowiekiem w pomarańczowej kurtce, w kajdanach na rękach i nogach połączonych łańcuchem. Pod opieką policjanta. Zapytał się, czy nie boję się z nim jechać windą. Odpowiedź była krótka, zwięzła i na temat: "nie". Chyba musiał być lekko rozczarowany, bo stwierdził, że jest przecież groźny. Odpowiedziałem tylko, że "ja też", co rozbawiło pilnującego go stróża prawa. Nie odczuwałem strachu, bo bardziej przejęty byłem wystąpieniem przed sędzią. Bardzo obawiałem się konfrontacji z wymiarem sprawiedliwości, bo tam nie wolno kłamać, należy mówić prawdę, a dla mnie mówienie prawdy oznacza bardzo poważne kłopoty w interakcjach z ludźmi, gdyż prawda jest dla mnie równoznaczna z dosłownym rozumieniem wypowiedzi i bardzo precyzyjną odpowiedzią na pytania. Z doświadczenia przeczuwałem, że zapowiada się "cyrk na kółkach", co niestety potwierdziło się później...

Na podeście w sali rozpraw: 4 kobiety, w tym 3 ubrane w togi. Jedna kobieta pośrodku miała ładniejsze krzesło, więc prawdopodobnie to ona była wysokim sądem, jak to zwykle w filmach polskich i amerykańskich mówiło się do kobiet ubranych w togi. Wzorem kina gangsterskiego i kryminałów, których jestem fanem, nie miałem problemów, żeby nazywać tą panią wysokim sądem, chociaż było to dla mnie bardzo dziwne.

Od razu na wstępie zostałem upomniany przez panią pośrodku, za brak szacunku wobec wysokiego sądu, ponieważ się nie przywitałem. "Zaczyna się" - myślę sobie. Co może zrobić człowiek, który pod groźbą kary jest zmuszony do udzielania tylko prawdziwych odpowiedzi? Odpowiadać dosłownie i na temat... po 10 minutach cała trójka pań w togach patrzyła się na mnie jak na debila Głównie dlatego:

- Sędzina: "Czy jest Pan pewien swojego stanowiska (...)". Więc zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że "nie".
- "Czy pragnie pan zgody i pojednania ze stroną pozwaną"? Więc zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że "tak", co zirytowało panią sędzinę... "W takim razie po co Pan tu jest". Odpowiedziałem, że "pytała Pani czy pragnę zgody i pojednania, więc odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że tak", na co sędzina odparła, że muszę się zdecydować czego chcę, czy procesu, czy zgody i pojednania. Największe poirytowanie wzbudziło moje pytanie: "czy zgoda z pozwanym wyklucza się z procesem"? Sędzina miała dość poirytowany głos, co w niczym nie ułatwiło zrozumienia przeze mnie jej tłumaczeń. Po dwóch minutach wywodu zapytany, "czy rozumie pan", odpowiedziałem, że rozumiem. Skłamałem, czego mi podobno nie wolno było robić. Konsekwencji za kłamstwo brak.

- "Kiedy Pan przestał mieszkać pod adresem x"? Odpowiedziałem, że nie przestałem tam mieszkać. Na co sędzina stwierdziła, że przecież teraz mieszkam pod innym adresem. Odpowiedziałem, że tak. I znów irytacja na sali. Sędzina: "Raz jeszcze Pana pytam: czy mieszka Pan pod adresem x"? Odpowiedziałem: "tak, czasami". Irytacja wysokich sądów osiągnęła jeszcze wyższy poziom. I kolejne pytanie: "Jaki jest pana obecny adres zamieszkania"? Zdębiałem... nie potrafiłem odpowiedzieć, bo przecież niedawno się przeprowadzałem i jeszcze nie pamiętam swojego adresu. Strona pozwana zaczyna się ze mnie głośno śmiać, sędziny patrzą na mnie badawczo, czy sobie nie robię żartów z wymiaru sprawiedliwości. Nie robiłem. Zaczyna się robić niebezpiecznie. Odpowiedziałem (zgodnie z prawdą), że nie znam adresu. "Jak można nie znać adresu swojego zamieszkania"? Odpowiedziałem, że adres jest zapisany w umowie najmu i nie miałem potrzeby go znać. Wiem jak trafić do domu i to mi wystarczy. Wynająłem mieszkanie kilka dni temu, więc nie pamiętam nawet ulicy. Wysokie sądy popatrzyły na mnie jak na idiotę. Był to szczyt irytacji z ich strony. Kolejne pytanie: "No to kiedy pan się przeprowadził w nowe miejsce"? Odpowiedziałem, że nie przeprowadziłem się. "Przed chwilą powiedział Pan przecież [irytacja i złość w głosie], że przeprowadził się Pan do nowego miejsca zamieszkania". Odpowiedziałem: "nie za bardzo rozumiem. Powiedziałem, że wynająłem mieszkanie, nie przeprowadzałem się. Sędzina: "Mieszka Pan tam?" Odpowiedziałem, że "czasem tak". Szczyt irytacji wysokich sędzin nastąpił właśnie w tym momencie.

Postanowiłem wyjaśnić, że zgodnie z tym, co jest napisane w pozwie - mam zespół aspergera, który miał największy wpływ na to, że znalazłem się w sądzie. Kolejne pytanie ze strony sędziny: "jak objawia się zespół aspergera"? Odpowiedź starałem się skrócić, więc oznajmiłem, że objawia się w moim przypadku nadwrażliwością na bodźce dźwiękowe, zapachowe i wizualne, problemem z relacjami z innymi, dosłownym rozumieniem komunikatów i kilkoma innymi rzeczami...

Po tym wyjaśnieniu, zaczęli mnie traktować inaczej. Nie czułem już zagrożenia jakimiś karami, sankcjami i powszechną irytacją. Patrzyli na mnie raczej jak na chorego człowieka. Nie wiem sam, co lepsze dla mnie. Wzbudzać irytację i złość, czy zrobić z siebie chore indywiduum.

Nie lubię wysokich sądów i sędzin. Czuję się przed wymiarem sprawiedliwości, jak w potrzasku... Posługują się wykładnią prawa, precyzyjnie napisanym kodeksem, a z drugiej strony komunikat przez nich wypowiadany jest nielogiczny, wieloznaczny i nie wiadomo, co mają na myśli zadając wieloznaczne pytania. W dodatku nie wolno przed nimi kłamać udając, że się rozumie...


16 kwi 2015

Gra w pokera.

Mój kolega zaprosił mnie do nowego mieszkania, które będzie wynajmował klientom. Zanim to jednak nastąpi, postanowił zaprosić samych facetów - kumpli, żeby w klimacie "wolnym od bab" nacieszyć się męską wolnością przy talii kart.

Każdy z nas dostał żetony, w zamian za pieniężny wkład własny, który ma tam jakąś swoją nazwę. Niestety nazwy wkładu własnego nie pamiętam. Wiem tylko, że jego celem jest podniesienie adrenaliny grających. Mojej w każdym razie nie podniosło.

Gra była dziwna. Faceci wrzeszczeli, śmiali się i ekscytowali dużymi stratami, dużymi zyskami, a także doborem kart, gdy czasem w ramach zbiegu okoliczności na stole pojawiały się podobne do siebie karty i wg reguł pokera można było pozbierać żetony leżące na stole.

W którejś z rzędu kolejce wygrałem dość dużo żetonów, co spotkało się (ku mojemu zdumieniu) ze sporym podziwem. Zupełnie nie wiedziałem dlaczego i do teraz nie mam pojęcia o co chodzi.

Około północy zrobiłem się senny, bo jak wiecie - wstaję przed szóstą do pracy, żeby dojechać kilkadziesiąt kilometrów. Więc grzecznie się pożegnałem i wróciłem do swojego nowego lokum, które tydzień temu znów zmieniłem...

Zupełnie mi się nie podobało - nie rozumiem fascynacji grą, w której należy oszukiwać, a reszta ludzi robi wszystko, żeby pozbawić Cię możliwości oszukiwania. Czas ten uważam za zmarnowany. Takiego pokera na blefy, mocne karty i przewidywanie ruchów ludzi dostosowując się do sytuacji, to ja mam na co dzień. Wszędzie, gdzie spotykam ludzi. To męczące. Ta forma "odpoczynku" mnie nie bawi.